Love is worse than drugs...

so let it go.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
-Eee... cześć?-zabrzmiało to bardziej pytająco niż zamierzałam-Miło mi cię poznać, jestem Katie.-sprostowałam natychmiast, odzyskując opanowanie. "Justin wiele o tobie opowiadał" pomyślałam, "tak wiele, że byłam przekonana, że jest singlem". Ale w sumie dlaczego mnie to obchodziło i dlaczego, do jasnej cholery, sterczałam tam jak głupia i im przeszkadzałam?!
-To ja lecę, pa.-machnęłam niezdarnie ręką, spadłam z krawężnika i przetoczyłam przez ulicę, ledwo odskakując na bok przed rozpędzoną ciężarówką, ktora jechala tak szybko, źe nawet nie zdążyła na mnue zatrąbić. Gdy znalazłam się na chodniku po drugiej stronie, rzuciłam rozpaczliwe spojrzenie w kierunku Seleny i Justina.
-Nic mi nie jest!-krzyknęłam. Patrzyli na mnie wzrokiem, o przekazie "co to za kosmitka?". Ale po chwili Justin objął brunetkę ramieniem i poprowadził przef siebie.
"Okej, to było straszne". Zakręciłam w ulicę prowadzącą w kierunku mojego domu. Czemu straciłam panowanie nad swoim ciałem? Byłam zazdrosna? Nie, niemożliwe! Truchtem dobiegłam do domu. Drzwi były otwarte. Weszłam do środka, gdzie telewizor grał zdecydowanie zbyt głośno. Przeszłam do salonu, gdzie na białej kanapie leżał Ethan.
-Hej.-starałam się przekrzyczeć gwar dochodzący z głośników telewizora.
Ethan gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na mnie.-Uważaj, bo ktoś cię ukradnie.
Chłopak usiadł, chwycił pilota i wyciszył telewizor.
-Przepraszam, nie wiedziałem, że wrócicie tak szybko. Jak było?
Zawahałam się przez chwilę.
-W porządku.
Zwróciłam się w stronę kuchni.
-Gdzie Justin?
Sięgnęłam po butelkę wody i napiłam się.
-Poszedł gdzieś z Seleną.-rzuciłam, siląc się na obojętność. Wróciłam do salonu.
Na twarzy Ethana pojawił się zadziorny uśmiech. Opadłam na kanapę obok niego.
-A więc poznałaś uroczą pannę Gomez?
Zachichotałam.
-Owszem. Ale nie rozmawialysmy zbyt długo.-wróciłam wspomnieniami do naszego spotkania i zapragnęłam jak najszybciej zapomnieć.-Justin wydaje się bardzo ją kochać.
-O tak. Jest w niej szaleńczo zakochany.-odparł z powagą Ethan.-W jej obecności jest inny, lepszy.
Uśmiechnęłam się, nie wiedząc za bardzo co powiedzieć. Usłyszeliśmy głośne trzaśnięcie drzwiami, na których dźwięk aż podskoczyłam. Justin wbiegł po schodach. Kolejne trzaśnięcie.
-O nie.-Ethan wydawał się przejety-tylko nie to.
Poderwał się z kanapy i pobiegł na górę.
"Co się dzieje?" pomyślałam. Byłam kompletnie zdezorientowana. Zastanowiłam się czy nie pójść sprawdzić o co chodzi na górę, ale stwierdziłam, że to kiepski pomysł. Spędziłam chwilę w milczeniu, starając się usłyszeć coś z ich rozmowy, kiedy trzasnęło szkło. Zakradłam się cichutko na górę, drzwi pokoju Justin były uchylone, przykucnelam na klatce schodowej.
-...przestań, proszę. Nie chcesz do tego wracać, Justin!-Ethan wrzeszczał błagalnie. Szarpali się.
-Zostaw mnie.-Justin wyrwał się i zaciskał dłonie w pięści.-I lepiej mi to oddaj.-ostrzegł.
-Nie.-odpowiedział Ethan zbyt wzywająco.
Justin rzucił się na niego i jednym ruchem wyszarpnął mu z ręki jakies pudełeczko.
-Przemyś to, Justin.-Ethan mówił spokojnie.
-Daj mi spokój. Wyjdź stąd.
-Proszę cię.-Ethan nie dawał za wygraną.
-Wypierdalaj Ethan!-Justin wrzasnął, rzucił pudełeczko na łóżko i jednym, zwinnym ruchem wypchnął Ethana z pokoju. Ethan o sekundę za późno nacisnął na klamkę, Justin zamknął je na klucz. Ethan walnął z otwartej dłoni w drzwi. Odwrócił się i mnie zobaczył. Wszystko działo się zbyt szybko, nie zdążyłam uciec. Po raz kolejny wyszłam na idiotkę. Szybko wstałam i wyprostowałam się. W oczach Ethana malował się przerażenie.
-Wszystko w porządku?-spytałam głupio. Nie, nie jest!
Ethan nie odpowiedział. Zaczął walić w drzwi.
-Otwieraj! Albo dzwonię do ojca!
-Gówno mnie to obchodzi.-odezwał się stłumiony głos.
Byłam przerażona. Podeszłam do drzwi, na których bezradnie oparł się Ethan.
-Justin...-zaczęłam niepewnie. Co dalej?
-Chodź Katie.-Ethan objął mnie ramieniem.-Nic tu po nas. On już podjął decyzję.
"Jaką decyzję? O co chodzi?"
Zeszlismy na dol.
-Wytlumaczysz mi co się stało?
Ethan był wyraźnie zmartwiony.
-Justin i Selena zerwali.

__________________
8 miesięcy? No nieźle. Ale nie dam wam już tak szybko spokoju. Rozdział krótki, bo chce sprawdzić czy mam jeszcze dla kogo pisać. :)
Tagi: 6
01.03.2014 o godz. 00:09
Łzy cisnęły mi się same do oczu. Wpatrywałam się ślepo w szybę samolotu, czekając aż oderwiemy się od ziemi. Palcem docisnęłam okulary przeciwsłoneczne do nosa i nerwowo przeczesałam opadające na ramiona włosy. Oparłam głowę o szybę i zamknęłam oczy. Było mi tak bardzo wstyd, że w tamtym momencie jedyne, na co miałam ochotę to zapaść się pod ziemie i nigdy nie pokazań na oczy mojej mamie, Tedowi, Ethanowi i Justinowi. Na samą myśl o swojej kompromitacji czułam jak piecze mnie skóra na policzkach. Było niewyobrażalnie źle. 
Gdy otworzyłam oczy byliśmy już chyba gdzieś niedaleko USA. Zsunęłam okulary na brodę, żeby przyzwyczaić oczy do panującego półmroku w samolocie i rozejrzałam się. Obok mnie spał Ethan z głowa na moim podłokietniku. Po jego prawej stronie siedział Justin w wyjątkowo dobrym humorze. Był uśmiechnięty od ucha do ucha. Na jego widok, nie wiem czemu, przypomniałam sobie o swoim krytycznym stanie i podpuchniętych oczach, więc z powrotem nasunęłam okulary na nos.
-Ależ z ciebie empatyczna osoba.-powiedziałam sucho i odwróciłam głowę w stronę szyby.
-Dzięki.-odpowiedział wesoło, ale mówił już tylko do moich plecy. 
Około godziny później nasz samolot wylądował. Opuściliśmy pokład i skierowaliśmy się po odbiór bagaży. Ethan ciągnął za sobą swoją walizkę i dwa razy większą moją, ja natomiast niosłam tylko torbę z resztką moich ubrań i butów. 
Wysiedliśmy z taxówką pod moim domem. Chłopcy zajęli się bagażami, ja podeszłam do drzwi i otworzyłam je. Weszłam do środka i zapaliłam światło, Justin i Ethan stanęli obok mnie. Szybkim ruchem, nawet nie schylając się ściągnęłam buty i weszłam na schody.
-Chodźcie.-powiedziałam w najmilszy sposób, jak tylko w tym stanie potrafiłam i zaprowadziłam ich na górę. Naprawdę nie mam pojęcia dlaczego, ale wskazałam Justinowi pokój gościnny tuż obok mojego, a Ethanowi trochę dalej. Justin od razu to zauważył i oczywiście nie omieszkał się skomentować, czymś w stylu "będziemy blisko" czy "dotykając ściany będę czuć ciebie". Nie wiem, w tamtej chwili jego słowa mnie nie obchodziły. Bez żadnego słowa poszłam do swojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Zasnęłam.
Rano obudził mnie jakiś straszny łomot. Przerażona zerwałam się na równe nogi i zbiegłam po schodach na dół, gotowa aby ratować nasz dom. W kuchni przy blacie klęczał Ethan i zbierał coś z podłogi. 
-Co ty...?-zapytałam przerażona, ale po chwili roześmiałam się, widząc jego zdezorientowany wyraz twarzy.
-Przepraszam, robiłem jajecznicę i patelnia...-wstał, i spojrzał na ziemię. Popatrzyłam na niego z politowaniem, po czym uśmiechnęłam się. 
-Zostaw to, zaraz sprzątnę, tylko się trochę ogarnę. Nie poddaj się, w lodówce powinno być więcej jajek.-dodałam zachęcająco i wbiegłam po schodach na górę. Byłam w stroju, w którym wczoraj wróciłam do domu. Szybko przebrałam się w szorty i żółtą bluzkę na ramiączka. Udałam się do toalety, gdzie starając się nie patrzeć w lustro jak najszybciej umyłam twarz i usunęłam resztki makijażu w opłakanym stanie. Zaczesałam włosy w wysokiego, luźnego koka i zbiegłam na dół. Ethan smażył jajka, podłoga była juz czysta.
-Aż tak długo mnie nie było?-spytałam zdziwiona, opierając się o framugę drzwi.
-Nie, po prostu mistrzowie kuchni tak już mają.
Zaśmiałam się cicho, po czym podeszłam do szafki i wyjęłam z niej trzy szklanki. No właśnie, trzy.
-A gdzie Justin?-rzuciłam, ustawiając je na barku.
-Chyba jeszcze śpi, albo zaszył się pod pościelą i dziś już nie wyjdzie.-odpowiedział skupionym głosem Ethan.-Jak chcesz to spróbuj go obudzić, ale uważaj, bo pewnie będzie nieprzyjemny. 
Przemyślałam kilka razy tę propozycję. Nie chciałam, aby w domu panowała nieprzyjemna atmosfera i chciałam zatrzeć wrażenie buntowniczej idiotki, więc wbiegłam po schodach na górę. Zapukałam do jego drzwi. nie było odpowiedzi.
-Justin...-wyszeptałam, uchylając drzwi. Nie zajrzałam do pokoju, bałam się.-Ethan zrobił śniadanie.
Nadal nie było odpowiedzi. Pewniejszym ruchem pchnęłam drzwi i weszłam do pokoju. Kołdra leżała na ziemi. Prawie zupełnie nagi Justin, w czarnych bokserkach leżał na plecach na łóżku. Jedną rękę miał pod głową, druga swobodnie zwisała nad podłogą. Wyglądał nieziemsko. Wpadające przez niedomknięte rolety promienie porannego słońca oświetlały doskonale jego twarz i tors. Miał zamknięte oczy i lekko rozchylone, pełne usta. Przez ułamek sekundy naszła mnie ogromna ochota, aby... go pocałować. Skarciłam się błyskawicznie i opuściłam pokój, nie zamykając za sobą drzwi, żeby go nie obudzić. Zbiegłam na dół, przez cały czas ochrzaniając siebie za swoją głupotę. 
-Śpi.-oświadczyłam wchodząc do kuchni, Ethan właśnie nakładał jajecznicę na nasze talerze. Usiadłam do stołu. Po kilku sekundach usłyszeliśmy, że ktoś zbiega po schodach. Justin w rozczochranych włosach wszedł do kuchni. Nadal miał goły tors, ale załozył szare, luźne spodenki za kolana. Kiwnął do nas głową. Przełknęłam głośno ślinę i utkwiłam wzrok w talerzu. Nie spał? Wie, że przez jakiś czas go obserwowałam, a potem wybiegłam z pokoju?
-W samą porę, bracie.-powiedział wyniosłym tonem Ethan.-Coś ty taki roznegliżowany, może byś się ubrał?-udał absolutnie oburzonego i roześmiał się. Justin nie podnosząc na niego oczu, odsunął krzesło i usiadł, parskając pod nosem. Zjedliśmy śniadanie słuchając opowieści Ethana o imprezie, którą organizuje jego kolega. Kiedy kończyłam już jeść Ethan spytał:
-A ty co dzisiaj robisz?
Udałam, że się zastanawiam i popiłam sokiem.
-Właściwie to mam dzisiaj trening, ale nie wiem, czy sobie nie odpuszczę...
-Trening?-Ethan zmarszczył brwi.
-Break dance.-odparłam i włożyłam sobie widelec do ust.
-O, dobrze się składa! Może zabrałabys ze sobą Justina?
Zakrztusiłam się, ale zawzięłam się i nie dałam po sobie tego poznać. Spojrzałam na Justina, jadł i albo tego naprawdę nie słyszał, albo był świetnym aktorem.
-No mogłabym. Chcesz iść, Justin?-spytałam niby obojętnie.
Chłopak podniósł na mnie wzrok i przetarł usta chusteczką.
-Mogę iść.
Ha! czyli jednak słuchał! Inaczej nie wiedziałby, gdzie.
-Za 40 minut wychodzimy, idę się pakować.-odparłam, odsunęłam krzesło i wstałam.-Dzięki za śniadanie.-obdarzyłam Ethana szerokim, lekko wymuszonym uśmiechem i wstawiłam naczynia do zlewu. Pobiegłam na górę. Zaczęłam się zastanawiać dlaczego Justin się zgodził? Jestem pewna, że wolałby zamknąć się w pokoju i nie wychodzić przez cały dzień. I dlaczego jest od wczoraj w takim dobrym humorze? Nie przypomina już wiecznie zdołowanego chłopaka, którego poznałam kilka tygodni temu. Ubrałam się w szare dresy i wysokie, czarne adidasy. Na gógę zarzuciłam krótki t-shirt moro i zbiegłam na dół. Justin siedział w kuchni.
-Możemy iść?-spytałam.
Chłopak odwrócił gwałtownie głowę i spojrzał na mnie. Mruknął ciche „mhm” i wstał od stołu. Był ubrany w czarne dresy i biały podkoszulek. Wyszliśmy z domu.
-Tylko, że musimy się przejść, bo mama nie dała mi kluczy do żadnego samochodu i... no wiesz.-powiedziałam.-Ale mogę, też zadzwonić po Abby, moją przyjaciółkę, może ona by nas podwiozła-już wyjęłam telefon z kieszeni, kiedy chłopak spojrzał na mnie i spokojnie odpowiedział, że nie trzeba, przejdziemy się. Schowałam z powrotem telefon i wyszłam przed bramę.
-Tędy.-pokierowałam go i przeszłam na chodnik po drugiej stronie. Czułam się strasznie nieswojo w jego towarzystwie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. W pewnej chwili Justin zaczął pierwszy.
-Jaka to szkoła?-spytał trochę znudzonym głosem.
-Dancesoul.-odparłam od razu.-Znasz?
Chłopak pokiwał głową, ale nie wyglądało, jakby miał zamiar dalej ciągnąć rozmowę. Postanowiłam sama coś od siebie dorzucić, aby znowu nie rozpocząć niezręcznej ciszy.
-Uczę się tam od 3 lat razem z moja przyjaciółką, Abby... To całkiem dobra szkoła. Teraz ciczymy do ulicznego występu na Blackboard Street. Co prawda przez ten wyjazd miałam opuścić kilka prób, ale...-urwałam na chwilę i przełknęłam głośno ślinę-Na pewno nikt się mnie tam nie spodziewa.
Szliśmy ramię w ramię. Co jakiś czas kątem oka spoglądałam na mojego towarzysza. Justin patrzył w ziemię. To i tak lepsze niż miałby patrzeć w ekran telefonu. Słońce świeciło nam w oczy oślepiająco. Na swój niefart zapomniałam okularów przeciwsłonecznych, więc przez całą drogę robiłam sobie nad brwiami tak zwany „daszek”. Musiałam wyglądać jak kretynka.
-To tu za rogiem.-powiedziałam, kiedy byliśmy prawie na miejscu. Skręciliśmy w ulicę i po chwili weszliśmy na podwórko przed budynkiem. Głośną muzykę było słychać już tutaj. Weszliśmy do środka. Od razu przeszliśmy do szatni, gdzie przed wejściem do sali czekali moi znajomi z grupy.
-Katie?-usłyszałam piskliwy głos mojej przyjaciółki, kiedy tylko weszliśmy.
Abbie siedziała na kanapie pomiędzy Jackiem i Jasonem i grzebała w telefonie. Podbiegła do mni i rzuciła mi się na szyję.
-Co ty tutaj robisz? Tak szybko wróciliście?-wykrzyczała mi do ucha, próbując zagłuszyć muzykę.
-Długa historia.-odpowiedziałam jej, gdy już wypuściła mnie z objęć i wymusiłam na sobie uśmiech.-Opowiem ci później.
Dziewczyna pokiwała głową. Spojrzała na stojącego za moimi plecami Justina.
-To jest Justin.
-Miło mi cię poznać, Justin. Katie mi o tobie wieeele opowiadała.-przeniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się. „Zabiję cię” pomyślałam.-Jestem Abby.-spojrzała chłopakowi w oczy i wyciągnęła dłoń. Szatyn momentalnie uścisnął ją i uśmiechnął się.
Wow, Justin, który to już uśmiech w tym tygodniu?!
-Tez tańczysz, czy przyszedłeś pokibicować?-spytała po chwili Abby.
-Chodzę do Breakdance Center.-odpowiedział Justin, kiwając głową.
Dziewczyna przybrała zdziwiony wyraz twarzy i machnęła warkoczem, opadającym jej na ramiona do tyłu.
-O, super. Długo?
-Dwa lata.
Abby odwróciła się i krzyknęła do naszych znajomych, siedzących z tyłu.
-Hej, ludzie, to jest Justin.-wskazała na niego ręką. Chłopcy uśmiechnęli się trochę zdziwieni i kiwnęli do niego głową.-To Edward, Jack, Jason, Louis, Freddie, Matthew i Bryan.
Wtedy myślałam, że się przesłyszałam. Spojrzałam po nich i nagle doznałam szoku. Na kanapie siedział mój były chłopak, Bryan i uśmiechał się do mnie promiennie. Natychmiast odwróciłam się do niego plecami. Chwyciłam Abb pod rekę i zaciągnęłam w kąt pokoju.
-Co on tutaj robi?!
Abby podrapała się w głowę i spojrzała w ziemię.
-Przenieśli go do naszej grupy parę dni temu.
-Dlaczego mi nie powiedziałaś?-spytałam z wyrzutem.
-Hej! Sama wiesz, jakie drogie są połączenia za granicę!-powiedziała Abs i uniosła ręce do góry.-Nie musisz z nim przecież gadać.
Zmierzyłam ją wzrokiem i wróciłam do towarzystwa. Justin stał nad nimi pogrążony w rozmowie. Szybko się odnalazł. Po chwili drzwi sali otworzyły się i tancerze z innej grupy zaczęli wychodzic. Weszliśmy do przestrzennego pokoju z lustrami na ścianach. W powietrzu unosił się zapach potu, ale i tak kochałam to miejsce. Podeszłam do naszego instruktora, Olivera, który był może starszy ode mnie o rok i spytałam, czy to nie problem, że Justin dzisiaj z nami trochę potańczy. Powiedział, że nie bo i tak zaczynamy nowy układ.
Po godzinie próba zakończyła się. Wyszłam z sali, kiedy ktoś złapał mnie za nadgarstek. Okazało się, że była to osoba, na którą starałam się nie patrzeć przez całe zajęcia. Justin właśnie wychodził i spojrzał na mnie.
-Daj mi sekundkę, to nie potrwa długo.-uśmiechnęłam się wymownie i odeszłam z Bryanem na bok. Już prawie zapomniałam, jak wyglądają jego zawsze idealnie postawione, blond włosy po próbie z Oliverem. Uwielbiałam się wtedy nimi bawić, kiedy wylegiwaliśmy się i odpoczywaliśmy potem u mnie na łóżku. Chłopak puścił mój nadgarstek. Spojrzałam na niego pytająco.
-Chciałem cię przeprosić.-powiedział.
-Za co? Że złamałes mi serce i zostawiłes mnie dla mojej przyjaciółki?-zaśmiałam się drwiąco.-A co, może ci się już znudziła? Biedactwo. Daruj sobie.
-Za to też. I za ten wieczór, Katie.
Wtedy przypomniałam sobie o te nocy, kiedy pierwszy raz zostałam z Ethanem i Justinem sam na sam.
-To, co wtedy mówiłem... Przepraszam. Potem jeszcze ten chłopak... Nawet sobie nie wyobrazasz, jak mnie to wtedy zabolało, nawet jeżeli byłem na fazie. Przepraszam, Katie, naprawdę. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo mi na tobie zależy. Proszę cię, daj mi szansę. Daj nam szansę.-podkreślił słowo „nam”. Mówił to z takim przejęciem... to wyglądało na naprawdę szczere. Zbliżył się do mnie i delikatnie poruszył moimi rozuszczonymi włosami, odsłaniając moją szyję. Wtedy poczułam zapach jego perfum. Dawno temu mu go wybrałam. Wciąż używał tych samych.
-Nie ma już „nas”, Bryan. Przykro mi.-odpowiedziałam z bólem, chociaż naprawdę nie było mi łatwo. Wyminęłam go i wybiegłam z budynku, mijając Justina, który czekał na korytarzu. Oparłam się o zimną ścianę. Czułam ciężką gulę w gardle i bolał mnie brzuch. „Oprzytomniej, Kat” powtarałam sobie w myslach. Po chwili z budynku wyszedł też Justin. Spojrzał na mnie bez słowa.
-Idziemy?-spytałam, starając się udawać, że wszystko ok. Wymusiłam nawet lekki uśmiech.
-Sory, czekam na kogoś. Wrócisz sama?-spytał, a po chwili pod budynek podjechał czarny mercedes Wysiadła z niego brunetka w okularach przeciwsłonecznych. Była ubrana w błękitną, zwiewna sukienkę.
-Jusy!-krzyknęła i rzuciła mu się na szyję. Przez chwilę tylko się przytulali, ale po chwili zaczęli się całować.
Czułam się mega niezręcznie, a brzuch zaczął boleć mnie jeszcze bardziej. Jestem zazdrosna? Niemożliwe! Nie chciałam dłużej być zbędnym gapiem. „Spoko, nie przeszkadzajcie sobie” pomyślałam. Minęłam ich i wyszłam z podwórka, ale wtedy dziewczyna odessała się od niego i powiedziała:
-Nie przedstawisz nas, Justin?
Chłopak wypuścił ją z objęć, ale nadal trzymał jej dłoń.
-Katie, to Selena, moja dziewczyna.
___________________________________________
Raaaany, ale długo mnie nie było! Przepraszamprzepraszamprzepraszamprzepraszam... Szkoła, wystawianie ocen, same rozumiecie. przy okazji trochę chorowałam i samo tak wyszło. teraz będę dodawać częściej, serio się postaram. A co myślicie o tym rozdziale? Ujdzie? Komentujcie! :-*
Tymczasem zapraszam na mojego drugiego bloga Drew.bloblo.pl
I dziękuję za rekordową liczbę komentarzy pod poprzednimi rozdziałami, jesteście wielkie!
Tagi: 5
20.06.2013 o godz. 20:22
Przez do połowy uchylone oczy ujrzałam jakieś dziwne pomieszczenie. Z pewnością nie był to mój pokój. Przez zasłonięte żaluzje wdzierało się jeszcze blade słońce i oświetlało białą, skórzaną kanapę, przy której stała walizka, z powyrzucanymi ubraniami. Pięściami przetarłam oczy i otworzyłam je szerzej. Chwilę poprzeciągałam się, a następnie, zrzucając z siebie kołdrę spojrzałam na zegarek, wiszący na ścianie naprzeciwko mnie. Piąta rano. Podniosłam się do pozycji siedzącej. Wtedy poczułam się taka senna, wyssana z energii. Nie jestem pewna, ale mogło to być spowodowane krótkim snem. Tylko... jak długo spałam? Jak się tu znalazłam? Co się wczoraj wydarzyło? Postawiłam gołe stopy na ziemię i wstałam. Kolejny zawrót głowy. Łapiąc się jedną ręką za czoło, weszłam do kuchni. Wstawiłam wodę na herbatę, po czym weszłam do łazienki. Spojrzałam na siebie w lustrze. Dopiero teraz zauważyłam, że spałam w sukience. Moje włosy wyglądały tragicznie, pod oczami powstały smugi rozmytego makijażu. Bardzo chciałam dowiedzieć się, co się wczoraj wydarzyło, jednak... nie miałam teraz na to siły. Nie miałam siły na nic. Umyłam twarz w zimnej wodzie i zmyłam resztki make-upu. Następnie związałam włosy i wróciłam z powrotem do kuchni, gdzie zaparzyłam sobie herbatę. Ona powinna mi dobrze zrobić. Tak się jednak nie stało. Nadal byłam wrakiem człowieka, nie tylko zewnętrznie, ale i wewnętrznie. Zegar wskazywał piątą dziesięć. Wiedziałam, że i tak nie zasnę, a skoro słońce jeszcze nie wzeszło i nie jest bardzo gorąco, postanowiłam wyjść i pobiegać. Wróciłam do swojego pokoju. Moja mama jeszcze spała. Wyciągnęłam z walizki krótkie dresowe spodnie i topik do joggingu. Bez żadnych komplikacji wyszłam z hotelu. Gdy znalazłam się już na plaży, włożyłam słuchawki do uszu i rozpoczęłam bieg. Wyglądał on jednak zupełnie inaczej niż codziennie. Bardzo szybko dostawałam zadyszki, nie sprawiał mi on wcale satysfakcji i zamiast wzmocnić, zmobilizować... osłabiał. Coś było ze mną nie tak, tylko co? Ostatnią rzeczą jaką pamiętam jest taniec z Ethanem. Wtedy wszystko wydawało się być dobrze. Zwolniłam tempa. Zaczęło brakować mi tchu. Spacerowałam brzegiem morza, kiedy w oddali ujrzałam jakieś dwie postacie. Jak się później okazało była to jakaś para. Od razu pomyślałam „co oni tu robią tak wcześnie?”. Podeszłam bliżej. Nie patrząc na nich, przeszłam obok.
-Katie!-zawołał ktoś za moimi plecami.
Odwróciłam się gwałtownie. To był Ethan. Siedział na piasku i jednym ramieniem obejmował jakąś dziewczynę. Na mojej twarzy pojawił się wymuszony uśmiech. Chłopak wstał i podszedł do mnie.
-Cześć.-powiedziałam.-Co ty tu robisz?
Chłopak uśmiechnął się wymownie.
-Nocowałem tu z Alison. To było takie romantyczne, serio, była zachwycona!-wzruszył brwiami.
Tak, z pewnością.
-Mogę cię o coś zapytać?-spytałam trochę nieobecna. Chłopak pokiwał głową.-Pamiętasz, co wczoraj się działo? Bo mi jakoś urwał się film.
Szatyn uśmiechnął się pod nosem.
-Poczęstowałem cię tym.-wyciągnął małą, foliową torebeczkę z kieszeni spodni. Wtedy mnie olśniło. Chciał kontynuować opowiadanie, jednak mu przerwałam.
-Dzięki, muszę lecieć, pa!-po czym wyminęłam go i zaczęłam biec. Boże, kiedy tylko zobaczyłam tę torebeczkę... wszystkie wspomnienia wróciły. Przypomniałam sobie siebie, popijającą pigułkę ponczem, taniec z jakimiś chłopakami, wszystkie rozmowy... Nagle, pod moimi nogami, coś jakby wyrosło z ziemi. Potknęłam się i z hukiem upadłam na piach. Chwilę później, usiadłam i spojrzałam za siebie. Na piasku, tuż na brzegu leżał jakiś całkiem spory przedmiot, cały owinięty glonami. Przyjrzałam się mu. Wyglądał znajomo. Przysunęłam się do owej rzeczy i lekko obrzydzona, rozwinęłam to z glonów... to był mój but. I wtedy kolejna wizja: Zdejmuję czerwone szpilki i rzucam je prosto w stronę wody. Jest ciemno. Siedzę na piasku. Nagle, ktoś wyciąga do mnie dłoń i pomaga mi wstać. Patrzę mu w twarz. Jest smutny. To był... Justin. Poczułam w gardle ogromną gulę. Co się ze mną dzieje?! Przerażona, podniosłam buta i przecinając plażę, wróciłam na ulicę, gdzie zamówiłam taksówkę do hotelu. Wróciłam do swojego pokoju. Mama szykowała śniadanie.
-Jesteś! Martwiłam się o ciebie, kochanie.-powiedziała troskliwie, mieszając jakąś masę w misce. Oddychałam szybko, na moim czole pojawił się pot. Szatynka zmrużyła oczy, odstawiła naczynie i dotknęła mojego czoła.-Dobrze się czujesz? Jesteś jakaś blada.
Przełknęłam głośno ślinę. Pokiwałam entuzjastycznie głową.
-Tak, biegałam.-powiedziałam.-Muszę się wykąpać.-po czym pomknęłam do łazienki i zatrzasnęłam za sobą drzwi. Nadal trzymałam czerwonego buta w dłoni. Co to ma znaczyć?! Czuję się, jakby mój mózg opuścił moje ciało na wczorajszy wieczór. To nie byłam ja. Wtedy, zupełnie nie doszukując się głębszego sensu w moim działaniu, otworzyłam ponownie drzwi i wpadłam do pokoju. Rzuciłam się na podłogę i spojrzałam pod swoje łóżko. Pusto. Sprawdziłam przestrzeń pod łóżkiem mamy. Tak samo. Podniosłam się i wstałam. Podeszłam do walizki i kucnęłam aby tam poszukać, jednak okazało się to niekonieczne. Złapałam się za czoło. Drugi but leżał tuż obok mojej walizki. Wtedy zakręciło mi się w głowie, już trzeci raz.
-Nie musisz się rozbierać!-twarz Justina patrzyła prosto na mnie.
-Zimno mi...
-Gdzie?-chłopak przewrócił oczami.
-W usta.
Nie odpowiedział. Odwrócił się do mnie plecami i zniknął, zamykając za sobą drzwi.
Wtedy byłam już kompletnie przerażona.
-Kat, na pewno wszystko w porządku?-usłyszałam zatroskany głos za plecami. Podniosłam się i odwróciłam przodem do mamy.
-Mhm.-wymruczałam. Czując, że w moich oczach gromadzą się łzy, wskoczyłam z powrotem do łazienki. Cała się trzęsłam. Bałam się. Weszłam pod prysznic i szybko się wykąpałam. Następnie opuściłam łazienkę i wyminęłam swoją mamę.
-Zaraz wracam!-rzuciłam jej na pożegnanie i trzasnęłam drzwiami. Zapukałam do pokoju naprzeciwko. Otworzył mi Ted, ubrany w granatowy t-shirt i krótkie spodenki. Wszystko działo się tak szybko...
-O, witaj, Katie.-uśmiechnął się promiennie.
-Dzień dobry.-zdobyłam się na delikatny uśmiech.-Jest Justin?
-Tak, właśnie bierze prysznic, ale wejdź, możesz na niego zaczekać.-powiedział łagodnie mężczyzna.-Mama jest w pokoju?
-Tak.-odparłam krótko i weszłam do środka. Ted opuścił swój pokój i poszedł do mojego. Przeszłam krótkim korytarzem i weszłam do małego saloniku, w którym stały trzy łóżka pod ścianą i szafa. Panował tutaj nadzwyczajny porządek, po podłodze nie walały się ubrania i walizki, zupełnie jakby mieli sprzątaczkę. Usiadłam na kanapie koło szafy, rozglądając się. Wsłuchiwałam się w strumienie wody uderzające o podłogę. Chwilę potem usłyszałam, że stłumiony chlupot jakby cichnie. Wzięłam głęboki oddech. Po minucie z łazienki wyszedł Justin. Miał mokre włosy, przylepione do czoła. W pasie owinięty był białym ręcznikiem. Na górze nie miał nic. Poczułam, że braknie mi powietrza w płucach. Był chyba równie zszokowany co ja, bo stał naprzeciwko mnie i patrzył mi w twarz z otwartymi ustami. Mój wzrok mimowolnie powędrował na jego klatkę piersiową. Był o wiele bardziej umięśniony niż Ethan, miał także kilka tatuaży.
-Co ty tu robisz?-odezwał się w końcu. Podszedł bliżej mnie, ale nie usiadł, stał nade mną, więc ja postanowiłam, że też wstanę.
-Przyszłam pogadać.-powiedziałam. W tym momencie chłopak jakby zupełnie stracił zainteresowanie moją osobą. Podszedł do szafy i otworzył ją. Obserwowałam go w ciszy. Wyjął z niej koszulkę i naciągnął na siebie, po chwili wziął jeszcze jakiś kłębek ubrań i ruszył w stronę łazienki. Odchrząknęłam wymownie.
-Zaraz.-powiedział patrząc prosto na mnie, kiedy zamykał drzwi. Moment później wyszedł z niej ubrany już w pełny strój. Usiadł na kanapie.-Słucham.
Zajęłam miejsce obok niego. Głośno wypuściłam powietrze z płuc. Położyłam sobie dłonie na kolanach i wyprostowałam plecy.
-Czy... pamiętasz może jak wróciłam wczoraj do domu?-spytałam z nadzieją w głosie. Jednak kilka sekund później, kiedy jeszcze nie odpowiedział, uznałam, że mogłam to rozegrać zupełnie inaczej. I to jest właśnie mój problem, kompletnie nie myślę, co robię!
Chłopak wzruszył ramionami.
-Skąd mam wiedzieć?-w jego ciemnych oczach można było dostrzec zdziwienie. Kłamał. Na pewno, przecież...
-Jesteś pewien?
Chłopak powoli pokiwał głową. Był zdezorientowany.
-Nie, to niemożliwe.-oświadczyłam, po czym podniosłam się z kanapy.-Nie zwariowałam, dobra? Pamiętam! Pamiętam, że odprowadziłeś mnie do domu. I ten but! Znalazłam na plaży but! Był cały w glonach i... biegałam...-język zaczął odmawiać mi posłuszeństwa, zaczęłam gubić się w tym, co mówię. Mój oddech bardzo się przyspieszył. Wymachiwałam rękami jak jakaś opętana-Potem zaprowadziłeś mnie do pokoju. Położyłam się do łóżka, a ty... nakryłeś mnie kołdrą! Nie powiedziałeś dobranoc, tylko wyszedłeś! Nie jestem stuknięta! Powiedz mi, że nie jestem stuknięta!-wtedy już kompletnie straciłam nad sobą kontrolę. Chodziłam po jego pokoju wymachując rękami, dostałam zadyszki od tego szybkiego mówienia. Chłopak dopiero teraz podniósł się z kanapy. Stanął naprzeciwko mnie i spojrzał mi w oczy z politowaniem.
-Jesteś stuknięta.-powiedział z kamienną twarzą.-Naćpałaś się, Katie, a teraz świrujesz.
-No oczywiście! Najlepiej zrobić ze mnie wariatkę i stchórzyć! Nie przyznawać się!-poczułam, że moje policzki czerwienieją ze złości. Starałam się nie rozpłakać.
-Chcesz jakieś proszki na uspokojenie?-spytał szatyn z ironicznym uśmiechem.
Zmierzyłam go wzrokiem. Ruszyłam w stronę drzwi. Stanęłam naprzeciwko nich i obejrzałam się za siebie. Justin nadal uśmiechał się drwiąco. Złapałam za klamkę i trzasnęłam najmocniej, jak tylko potrafiłam. Wtedy wpadłam na kogoś.
-Wszystko w porządku?-spytał Ted.
-Tak, przepraszam.-odparłam, zawstydzona.
Mężczyzna pokiwał głową. W jego oczach dostrzegłam zaniepokojenie.
-Widziałaś może Ethana? Nie wrócił na noc do domu...-dodał zmartwiony.
-Przykro mi, nie.-skłamałam, nie chcąc go wkopać. Być może planował przedstawić mu inną wersję. Wyminęłam go i weszłam do pokoju, gdzie mama oglądała telewizję.
-Naleśniki ci wystygły.-oświadczyła.
Dwie godziny później udaliśmy się na plażę. Przez ten czas, nie wiedzieć dlaczego, wrócił mi dobry humor i ogólnie siły do życia. Miałam na sobie czerwone bikini, Justin czarne szorty, Ethan siedział zamknięty w pokoju, bo Ted tak się na niego wściekł jak wrócił nad ranem do domu i oświadczył, że jest głodny, że nie pozwolił mu wychodzić do końca pobytu. Słońce przyjemnie piekło mnie w twarz i całe ciało.  Czułam się wspaniale. Moim jedynym zmartwieniem w tym momencie było to, czy okulary nie zostawią mi bladych śladów na opaleniźnie. Chociaż przez chwilę nie świrowałam. Po mojej prawej stronie, również na leżaku leżał Justin. Były momenty, że kiedy nasze dłonie zwisające swobodnie z leżaka i leżące na piasku, stykały się, dostawałam dreszczy. Po kilku godzinach wylegiwania się w słońcu, podczas gdy nasi rodzice jak dzieci bawili się w wodzie, zaczęłam w końcu rozmowę.
-To co, zdecydowałaś się?-spytałam rozmarzonym głosem, nie patrząc na niego, lecz w niebo.-Zostajemy w hotelu?
-Może być.-mruknął, również na mnie nie patrząc. Leżał dokładnie w takiej samej pozycji jak ja - na plecach, z podkurczonymi nogami i opadającymi na piach rękami.
-Czy wolisz iść na imprezę? Ale Ethan jest na dziś uziemiony, więc musielibyśmy iść sami...
-Może być.
-Możemy też pójść z rodzicami na tę kolację do restauracji.-dodałam.
-Też może być.
Nienawidziłam tej jego obojętności. Podniosłam się gwałtownie z pozycji leżącej i usiadłam prosto, przodem do wylegującego się Biebera. Energicznym gestem zciągnęłam okulary.
-No nie! Twój indyferentyzm mnie przeraża!-krzyknęłam pretensjonalnie już trochę poddenerwowana.
Szatyn również powoli się podniósł i usiadł przodem do mnie. Powoli zsunął okulary na nos i spojrzał mi w oczy z lekko drwiącym uśmiechem.
-Za to mnie zachwyca twoja erudycja.-powiedział szarmancko, nadal patrząc w moje oczy przeszywająco. 
Westchnęłam ciężko i przewróciłam oczami. Chyba pierwszy raz w życiu nie wiedziałam co odpowiedzieć. Ponownie ciężko opadłam na leżak i nałożyłam okulary. Chłopak zaśmiał się cicho, prawie niesłyszalnie i również wrócił do poprzedniej pozycji.
-To ja ułatwię wam wybór.-zawołała moja mama, kiedy cała mokra zbliżała się w naszym kierunku. Za nią szedł ucieszony Ted. Kobieta chwyciła ręcznik i wytarła sobie nim włosy. Ted od razu rzucił się na koc.-Idziecie z nami do restauracji.
Justin nie zareagował. „Super” pomyślałam.
Klęczałam na otwartą na oścież walizką. Kompletnie nie miałam pojęcia, w co się ubrać na dzisiejszy wieczór.
-Zapewne byłoby ci łatwiej, gdybyś w końcu się wypakowała.-powiedziała moja mama, która już od dawna miała zaplanowane, co na siebie włoży. Zignorowałam jej radę i kontynuowałam poszukiwania. Ostatecznie zdecydowałam się na białą, opiętą sukienkę za kolano, która wyśmienicie kontrastowała z moją opalenizną i czerwone szpilki. Do tego założyłam złote kolczyki opadające na szyję i bransoletkę. Wzięłam także czerwoną kopertówkę. Włosy upięłam w wysokiego koka, a usta musnęłam jasnoczerwoną szminką. Zadowolona opuściłam wraz z mamą pokój i zeszłam na dół, gdzie przed taksówką czekali Justin i Ted. Justin, oparty o szklaną ścianę hotelu, bawił się swoim telefonem. Ubrany był w czarne rurki, biały t-shirt i dopasowaną, granatową marynarkę. Włosy zaczesał do góry i postawił. Wyglądał naprawdę dobrze. Razem wsiedliśmy do taksówki. Ta zatrzymała się pod wysokim budynkiem. Weszliśmy do środka. Była to duża, przestrzenna i niezwykle elegancka restauracja. Na białej, połyskującej podłodze stały wysokie lampiony, w których wnętrzu paliły się świece. Na bordowych ścianach wisiały obrazy w ciężkich, pozłacanych ramach. Okrągłe stoliki, ponakrywane białym obrusem zdobiły kwieciste dekoracje. Po całej sali wdzięcznie przemieszczali się kelnerzy. W powietrzu unosiły się zapachy wytrawnych dań.
-Stolik zarezerwowany na nazwisko Bieber.-powiedział dumnym głosem Ted, prostując plecy. W tym momencie zaczęłam zastanawiać się, skąd wziął na to kasę, ale jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. Wysoki mężczyzna w smokingu poprowadził nas do jednego ze stolików z nakryciami dla czterech osób. Zasiedliśmy do stołu - moja mama i Ted naprzeciwko mnie i Justina. Po chwili podszedł kelner. Gdy zamówiliśmy nasze dania, Ted i mama pogrążyli się w rozmowie, natomiast ja i Justin siedzieliśmy podparci o łokieć i milczeliśmy. Tak upłynęło pierwsze dwadzieścia minut, przez które nie dostarczono nam jeszcze naszego posiłku.
-Przepraszam.-powiedziałam, po czym wstałam i skierowałam się do toalety. Nie miałam dłużej ochoty obserwować swojego pustego talerza. Spojrzałam na siebie w lustrze. Miałam lekko rozmazaną szminkę, więc otworzyłam swoją torebkę i zaczęłam szukać w niej płatków kosmetycznych. Wtedy moja dłoń dotknęła czegoś plastikowego. Wyjęłam z kopertówki drobną, foliową torebeczkę. Głośno przełknęłam ślinę. Nie miałam pojęcia, że mam ze sobą prochy. Wtedy przypomniałam sobie, że tę torebkę miałam tamtej nocy. Pewnie poprosiłam Ethana o mały zapas. Już miałam schować torebeczkę z powrotem do środka, kiedy przez moją głowę przemknęła myśl, aby wziąć jedną tabletkę. Przecież Ethan po jednej nie stracił świadomości... Nie, Katie, uspokój się. Biłam się z własnymi myślami. Ale... inaczej umrę tutaj z nudów. Nikt nie zauważy, będzie mi tylko trochę weselej, na pewno poczuję się też lepiej. Mimowolnie otworzyłam torebeczkę. Wyjęłam z niej jedną tabletkę i przewróciłam w palcach, dokładnie się jej przyglądając. „Raz się żyje” pomyślałam, po czym położyłam ją sobie na języku i połknęłam. Palcem starłam rozmazaną szminkę i pewnym krokiem wróciłam na salę. Zajęłam swoje miejsce obok Justina, ten zmierzył mnie wzrokiem, ale nic nie powiedział. Znowu zaczął bawić się telefonem. Po kilku minutach kelner przyniósł zamówione przez nas dania. Zabraliśmy się do jedzenia. Po upływie pół godziny, kiedy akurat kończyłam swojego homara, zaczęłam odczuwać działanie narkotyków. Znowu byłam wypełniona energią, tak jak tamtej nocy, jednak tym razem byłam w pełni świadoma. Wiedziałam, że nie mogę pozwolić sobie na jakieś wybryki, aby się nie zdradzić. Mimowolnie zaczęłam bujać się na ciężkim krześle.
-Katie!-zapiszczała moja oburzona matka. Przynajmniej w końcu oderwała się od rozmowy i pierwszy raz odkąd tu jesteśmy na mnie spojrzała.-Tak nie wypada.-skarciła mnie, a po chwili nachyliła się do przodu i spojrzała mi w oczy. Odwróciłam szybko głowę. Przełknęłam głośno ślinę. Zbyt głośno.-Spójrz na mnie!-powiedziała stanowczo. Zorientowała się. Czułam to w jej głosie. Moje schowane pod stołem dłonie zaczęły drżeć. Wiedziałam, że to nie był dobry pomysł. Powoli odwróciłam głowę i starając się zachować jak największą powagę, spojrzałam jej w oczy. Kobieta złapała się za usta, aby nie krzyknąć. Miała przeraźliwie wykrzywione brwi.-Wychodzimy.-oświadczyła, po czym odsunęła krzesło i wstała. Zdziwiony Ted wyciągnął z portfela pieniądze i położył obok swojego talerza. Podnieśli się oboje z Justinem. Moja matka zmierzyła mnie wzrokiem, więc ja również wstałam. Droga przez środek tej sali do wyjścia, była najgorszą w moim życiu. Chciałam uciec, jednak wiedziałam, że nie mam dokąd. Bardzo się bałam reakcji mamy, a byłam pewna, że ona już wie. Wie, że jej córka naćpała się w drogiej restauracji i zepsuła jej ten wspaniały wieczór. Na pewno teraz czuła do mnie wstręt i obrzydzenie. Tak bardzo chciałam wtedy cofnąć czas i wyrzucić te tabletki... ale było już za późno. Musiałam teraz zachować się jak dorosła. Musiałam zmierzyć się z prawdą i przeprosić.
Opuściliśmy salę. Moja mama natychmiast straciła nad sobą kontrolę.
-Co brałaś?!-wykrzyczała na całą ulicę. Justin i Ted spojrzeli na siebie zdezorientowani. Było mi tak bardzo wstyd... Oplotłam się rękami i spuściłam głowę.-Odpowiadaj!-zawołała moja matka drżącym głosem.
-Przepraszam...-wyszeptałam. Kobieta podeszła do mnie i spojrzała mi w oczy.
-Za późno.-powiedziała, z niedowierzaniem kręcąc głową. W jej oczach widać było gniew i... rozczarowanie.-Wracasz dzisiaj do domu.-dodała spokojnie, po czym odwróciła się i poleciła Tedowi, aby wezwał taksówkę.
-No nie!-powiedział Justin.-od początku pobytu proszę was, abym mógł wrócić do domu, a ona po prostu bierze sobie jedną tabletkę i może?! To jest niby kara? Dajcie spokój!-zaprotestował, błagalnym tonem. Zaczęłam się zastanawiać, czy to w mojej obronie, czy żąda dla mnie większej kary. Ale nie to wtedy się liczyło.
Wróciliśmy do hotelu w przerażającej ciszy. Moja matka od razu zamknęła się w łazience i zaczęła rozmawiać z kimś przez telefon. Ja w tym czasie zbierałam swoje porozrzucane po pokoju rzeczy i chowałam do walizki.
-Za półtorej godziny masz lot do Los Angeles.-oświadczyła smutno, wychodząc z toalety.
-Mamo...-zaczęłam, ale w tym momencie drzwi naszego pokoju otworzyły się i wszedł Ted.
-Victorio, musimy porozmawiać. Teraz.-powiedział poważnym tonem, mama natomiast głośno opadła na łóżko i usiadła.-Ethan stwierdził, że skoro ma szlaban to on też wraca, a Justin chciał od dawna, więc nie mogę mu zabronić, to byłaby kara za dobre sprawowanie. Wiem, że nie powinienem nagradzać tym samym Ethana, ale skoro tamta dwójka wyjedzie, to on się tutaj zanudzi sam i nie wiem co mam teraz zrobić.-język zaczął mu się plątać. Kobieta wstała i podeszła do niego, po czym przytuliła, zupełnie mnie ignorując.
-Dobrze, Ted, niech wracają.-powiedziała cicho.-I niech zamieszkają razem, u mnie w domu. Ktoś przecież musi jej pilnować, żeby to się znowu nie powtórzyło.-dodała.

_____________________________
O rany, dziewczyny! Nie spodziewałam się, że pod tą notką będzie aż tyle komentarzy! Dziękuję wam, jesteście wspaniałe! :) Mam nadzieję, że pod tym wpisem będzie ich podobna ilość. :)
Tagi: 4
06.04.2013 o godz. 17:55
Nerwowo stukałam widelcem w krawędź płaskiego, porcelanowego talerza, robiąc przy tym niemały hałas. Naczynie co jakiś czas podskakiwało pod wpływem uderzeń, znajdując się na samym brzegu stołu. Do upadku brakowało dosłownie milimetrów, jednak myśl, że to ulubiony zestaw mojej matki, nie pozwalała popełnić mi tego błędu. Kobieta właśnie zsuwała z patelni jajko mój talerz. Podniosła na mnie wzrok.
-Czy ty musisz ciągle coś robić? Nie możesz przez chwilę posiedzieć w ciszy i spokoju, nie robiąc przy tym zamieszania?-zapytała z wyrzutem.
Nie odpowiedziałam, lecz natychmiast odłożyłam widelec na bok, żeby mnie nie kordziło. W tym, co powiedziała mama, było trochę racji. Od zawsze byłam ruchliwym dzieckiem, ale od ostatniej wizyty w domu Bieberów, czyli od jakiegoś tygodnia, przeszłam sama siebie. Wszystko dlatego, że ciągle nęka mnie jedna myśl, która nie pozwala mi się skoncentrować na niczym. Chodzi o matkę Ethana i Justina. Czy to dlatego Justin jest taki szorstki w stosunku do mnie? To przecież mojej mamy powinien nienawidzić, nie mnie. I dlaczego Ethan znosi to tak dobrze? Był mniej związany z matką, czy może po prostu chodzi o wiek? Zaczęłam wariować, szukając w głowie odpowiedzi. Sama nie wiem, dlaczego mi tak zależało, może dlatego, że bardzo współczułam Justinowi. Sama nigdy nie przeżyłam podobnej tragedii, jednak byłam wyjątkowo empatyczną osobą, a do tego wrażliwą. Szybko zjadłam swój obiad i poderwałam się z krzesła, ruszając w stronę swojego pokoju, aby tam ponownie móc zacząć rozmyślać.
-Kat, zaczekaj.-usłyszałam głos matki za swoimi plecami. Odwróciłam się i spojrzałam na nią pytającym wzrokiem.-Muszę ci coś powiedzieć, usiądź.-poleciła mi i ponownie zajęła miejsce przy stole. Ciekawa o co jej chodzi, bez słowa dosiadłam się do niej. Brunetka popiła wodą i głośno ją przełknęła.
-O co chodzi?-spytałam trochę speszona. Mama uśmiechnęła się niepewnie.
-Wiem, że jest rok szkolny i być może w twojej opinii jest na to za wcześnie, ale...- "o nie, tylko nie mów mi, że bierzecie śłub" pomyślałam-wybieramy się z Tedem na Wyspy Kanaryjskie i bardzo zależałoby nam abyś ty i chłopcy wybrali się z nami.-powiedziała na jednym oddechu, po czym jej twarz pojaśniała. Kanary... poważnie? Kobieta czekała na moją reakcję, jednak ja nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa.


****************************************

Usiadłam na swojej dużej, granatowej walizce, po czym postawiłam sobie czerwoną torbę na kolanach. Od dobrej godziny czekaliśmy na jakieś wiadomości o naszym opóźnionym locie. Siedziałam samotnie w kącie na lotnisku, podczas gdy moja mama, Ted i Ethan namiętnie dyskutowali o czymś, chodzili do recepcji i z powrotem, a co jakiś czas do mnie, aby spytać czy niczego nie potrzebuje. Justin siedział na metalowej ławce kilka metrów ode mnie i gorliwie bawił się swoim telefonem, nie podnosząc nawet na chwilę wzroku. To może i lepiej, mogłam dokładniej mu się przyjrzeć, aby uznać, że jest wyjątkowo przystojny. Kilkadziesiąt minut później, po odprawie, udaliśmy się do samolotu i zajęliśmy miejsca. Usiadłam przy oknie, lubiłam obserwować chmury. Prawie od razu rozłożyłam się na fotelu, odwróciłam przodem do szyby i zasnęłam. Gdy po jakimś czasie się obudziłam, wyciągnęłam się i ziewając przekręciłam głowę w stronę przejścia. Dopiero wtedy dostrzegłam, kto zajmuje miejsce obok mnie. Justin, z dużymi Beats'ami na uszach, przeglądał jakąś gazetę. Nic nie powiedziałam, po prostu na niego patrzyłam, lekko zdziwiona. Chłopak nie odrywając wzroku od gazety, jakby mówiąc właśnie do niej, powiedział bez emocji:
-Nie gap się.
Poczułam się dziwnie, więc natychmiast odwróciłam głowę i spojrzałam przed siebie, po czym podkurczyłam nogi.
-Wcale się na ciebie nie gapię.-odpowiedziałam trochę zawstydzona.
Chłopak cicho parsknął i uśmiechnął się sam do siebie. Przewróciłam oczami, po czym sięgnęłam jedną ręką i lekko zsunęłam słuchawki z uszu chłopaka. Ten spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.
-Dlaczego taki dla mnie jesteś?-spytałam łagodnie, zwracając się tułowiem w jego stronę.
-Jaki?-odpowiedział pytaniem na pytanie, zamykając czasopismo, po czym położył je sobie na kolanach.
Westchnęłam głośno. Przyglądał mi się. Jego wyraz twarzy zupełnie nic mi nie mówił, nie miałam pojęcia, o czym teraz myśli.
-Taki szorstki.-odpowiedziałam po chwili namysłu.
-Nie musisz ze mną rozmawiać, jeśli nie chcesz.-skwitował, po czym ponownie otworzył gazetę na pierwszej lepszej stronie i zaczął czytać.
-Justin.-powiedziałam trochę karcąco, po czym skarciłam się za to w myślach.
-Co znowu?-spytał chłopak z wyrzutem.
-Spróbujmy się dogadać, jesteśmy tutaj na siebie skazani. Proszę-dodałam błagalnie, po czym zdobyłam się na lekki uśmiech. Szatyn wydawał się nad czymś głęboko rozmyślać, po czym odpowiedział:
-Traktuję cię najnormalniej jak potrafię, nie wiem o co ci chodzi.-założył słuchawki na uszy, po czym zamknął oczy i odwrócił głowę. Gazeta zsunęła mu się z kolan, lecz nie zareagował i nie podniósł jej. Jednak nie przemyślał niczego. Zrezygnowana odwróciłam głowę w stronę okna i zaczęłam obserwować widoki zza szyby, a raczej kompletny ich brak. Znowu zasnęłam. Gdy poproszono nas o zapięcie pasów i przygotowanie się do lądowania, posłusznie to zrobiliśmy. Po chwili samolot uderzył o podłoże, a nas wszystkich odrzuciło do tyłu. Spojrzałam na mojego sąsiada kątem oka. Chłopak wpatrywał się znudzonym wzrokiem we mnie. Podniosłam do góry brwi, jednak on nie reagował, gapił się dalej.
-Co?-spytałam po chwili, zniecierpliwiona.
-Nic.-odparł, nie odrywając ode mnie wzroku. Przewróciłam oczami, a szatyn uśmiechnął się triumfalnie. „Frajer”-pomyślałam i odwróciłam głowę w stronę szyby. Kilka minut później, pozwolono nam opuścić pokład samolotu. Ruszyliśmy odebrać walizki, a następnie wyszliśmy przed lotnisko. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przed nami rozciągał się niesamowity krajobraz. Piękny, złoty piasek, pełno palm i dużo, duużo błękitnej niczym niebo wody. Westchnęłam z zachwytem. Było strasznie gorąco, czułam jak krople potu gromadzą się na moim czole.
-I jak wam się podoba?-spytała moja mama z podekscytowaniem w głosie, jedną ręką obejmując mnie w pasie, drugą, stojącego obok mnie Ethana.
-Niesamowicie!-odpowiedział zachwycony chłopak.
-Totalnie...-dodałam. Nie kłamałam, to miejsce było rajem na ziemi, a przecież nie byliśmy tutaj jeszcze nawet pięciu minut. Wokół kręciło się pełno turystów w samych kostiumach kąpielowych, to niesamowite, że naprzeciwko samego lotniska, tuż po drugiej stronie ulicy, widać plażę, rozciągającą się wzdłuż całej wyspy. Tak jakby droga była granicą między cywilizacją, a idyllą.
-To co kochani, zamówię taksówkę i jedziemy do hotelu, tak?-spytał Ted, z uśmiechem. Widać było, że jest mu gorąco, bo cała klatka piersiowa odcisnęła mu się na żółtej, wyblakłej od prania koszulce. Mama pokiwała głową, a po chwili mężczyzna wyjął telefon i odszedł na bok, aby porozmawiać. Kobieta poprowadziła nas na ławkę pod dachem lotniska, trochę w cieniu. Spojrzałam na Ethana, opierającego się o oparcie mebla. Chłopak przetarł dłonią czoło, po czym złapał koszulkę od góry i ściągnął. Został w samych jeansach. Wytrzeszczyłam oczy. Cholera, wyglądał nieziemsko seksownie! Szatyn rozejrzał się, a w pewnym momencie jego wzrok spoczął na mnie, podczas gdy ja wpatrywałam się w jego muskularną klatę. Ten, widząc, co robię, uśmiechnął się. Oblałam się rumieńcem i gwałtownie odwróciłam głowę w przeciwną stronę. Westchnęłam zaciskając oczy. Boże, ale siara, przecież ja go dosłownie pożerałam wzrokiem! Gdy otworzyłam oczy, naprzeciwko siebie ujrzałam wyraźnie znudzonego Justina, nadal w czarnej koszulce i czarnych jeansach. Na jego czole widać było pełno kropli potu. Przez ułamek sekundy, przez moją głowę przemknęła myśl, że mógłby się również rozebrać, ale od razu się za to skarciłam. Moja matka poderwała się z miejsca i podeszła do Teda, mówiąc „Co z tą taksówką?” Wtedy Ethan podszedł do nas i poprosił mnie, abym przysunęła się do Justina, żeby on mógł usiąść. Pokiwałam głową i przesunęłam się na prawo. Kiedy moje udo, zetknęło się z udem Justina, chłopak odwrócił głowę w moją stronę. Jego mina nie wyrażała zbyt wielu emocji, ale widać było w jego oczach, że jest zniecierpliwiony.
-No nie mów, że ci się tu nie podoba!-powiedziałam, uderzając go ramieniem.
-No mówię.-odpowiedział.
Już miałam strzelić focha, że jak on się do mnie odzywa i w ogóle, ale postanowiłam tym razem nie unosić się honorem, w końcu jestem na niego skazana.
-Bo?
Chłopak zastanowił się chwilę.
-Nienawidzę takiej wymuszonej rodzinnej atmosferki.-skrzywił się, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, odwracając się do Ethana, aby tego nie zobaczył.
-A tobie jak się podoba?-spytałam półnagiego chłopaka, który z zamkniętymi oczami patrzył w górę, opalając się.
-Jest mega.-odparł, nie przerywając.
W tym momencie przed lotniskiem stanęła taksówka.
-Dzieciaki, chodźcie!-zawołała moja mama, machając w naszą stronę. Nasza trójka poderwała się i zabierając ze sobą bagaże, ruszyliśmy w stronę auta.
Kiedy pojazd zatrzymał się pod ogromnym, białym budynkiem, wyjrzałam przez okno, aby się lepiej przyjrzeć. Budowla miała z 50 pięter, po prawej stronie znajdował się basen, a wokół niego kilka zjeżdżalni i leżaki, wszystkie zajęte. Wysiedliśmy z taxi, wyjęliśmy z bagażnika walizki i taszcząc je za sobą, weszliśmy do dużego holu. Wszystkie ściany były oszklone, widać było przez nie hotelowy basen. Podłoga była z szarego kamienia. Przy białych, gipsowych filarach, na których wisiały bardzo duże, metalowe zegary, pokazujące czas w różnych państwach, stały skórzane, zielone kanapy, pozajmowane przez półnagich turystów, popijających drinki prosto z łupin kokosów, lub trzymających na kolanach laptopy. Moja mama i Ted podeszli do recepcji, za którą zasiadała szczupła blondynka, ze spiętymi w wysokiego koka włosami i uśmiechem na twarzy. Justin, Ethan i ja czekaliśmy przy kamiennych schodach. Po chwili starsi podeszli do nas i skierowali nas na górę.
-My córciu mieszkamy w pokoju 384, panowie w 511, ale na tym samym piętrze, prawie naprzeciwko.-oświadczyła moja matka. „Cudownie” pomyślałam. Mam nadzieję, że wyczuliście tu sarkazm. -Wy kochani idźcie już do swoich pokoi, wjedźcie windą na piętro 14, a my z Tedem pójdziemy kupić coś na obiad, dobrze?
Pokiwaliśmy głową i odebrawszy od nich klucze, ruszyliśmy do windy. Była dosyć duża, na kilkanaście osób, jednakże jechaliśmy w niej tylko we troje. Wszystkie ściany wyłożone były lustrem. Nienawidziłam wind, od dziecka bałam się, że wysiądzie prąd, zabraknie powietrza i się tam udusimy. Nie chciałam żeby się ze mnie śmieli, więc postanowiłam nie dać nic po sobie poznać. Wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka, a następnie oparłam się o ścianę.
-Co myślicie?-spytał Ethan, siadając na swojej czarnej walizce.-Bomba, co?
Justin, który opierał się o ścianę naprzeciwko mnie, parsknął pod nosem. Ethan przekrzywił głowę.
-Przestań, Justin, nie udawaj, że ci się tu nie podoba.-powiedział zachęcająco brat szatyna.
-No tak się jakoś składa, że nie.-odparł.
Ethan skierował się do mnie, tak jakby Justina w ogóle nie było w windzie.
-On tylko się tak popisuje, żebyś myślała, że ciężko mu zaimponować. Zgrywa niedostępnego, a tak naprawdę jest zachwycony.-powiedział prowokująco. Justin zmarszczył brwi.
-Chciałbyś.-odburknął.
-Zawsze się tak zachowuje, kiedy mu się podoba jakaś dziewczyna.-dodał, nie dając za wygraną. Zaczerwieniłam się, ale nic nie odpowiedziałam.
-Jakbyś wiedział, jak się zachowuję, kiedy mi się ktoś podoba.-odpowiedział, coraz mniej opanowany Justin.
-Wybacz mu ten kiepski podryw, ale taki już jest. Po prostu dzieciak, będzie cie podrywał, robiąc ci przykrość, ale i tak nic z tego nie wyjdzie, bo Justinek będzie się wstydził cię pocałować i...-wtedy przerwał mu szatyn.
-Przeginasz.-szarpnął Ethana za ramię, odwracając w swoją stronę, po czym uderzył go pięścią w twarz. Z moich ust wyrwał się stłumiony przez dłonie krzyk przerażenia.
Starszy z braci spojrzał ponownie na Justina, po czym uśmiechnął się drwiąco.
-Tylko na to cię stać, szczeniaku?-wycedził przez zęby. Szatyn już poderwał się, aby zadać kolejny cios, ale wskoczyłam pomiędzy nich.
-Zwariowaliście?!-krzyknęłam.-Co wy wyprawiacie?!
Winda zatrzymała się. Justin jakby zawstydzony wyszedł z niej szybko pierwszy, a ja wpatrywałam się w Ethana, kręcąc głową z niedowierzaniem.
-Oboje jesteście gówniarzami.-skwitowałam, po czym zabrałam swoją walizkę i wyszłam, zostawiając go tam samego. Znalazłam swój pokój i otworzyłam kluczem drzwi. Było to duże, jasne pomieszczenie. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowały się szklane drzwi, prowadzące na balkon, z widokiem na ocean. Przy jednej z ścian stały dwa, duże łóżka, na drugiej ścianie znajdowała się drewniana szafa. Obok niej stała biała, skórzana kanapa, a naprzeciwko niej wisiała czarna plazma. W drugim pokoju znajdowała się nowocześnie wyposażona kuchnia i stół z krzesłami. Obok była łazienka, bardzo ładna i czysta. Postanowiłam od razu wziąć odświeżający prysznic. Rzuciłam torby na ziemię, wzięłam dwa białe ręczniki leżące na łóżku i ruszyłam w stronę łazienki. Chwilę potem weszłam pod prysznic i zmoczyłam włosy. Następnie umyłam je i zabrałam się za ciało. Wtedy usłyszałam ciche pukanie do drzwi. Pomyślałam, że to mama. Wyszłam spod prysznica i owinęłam ciało i włosy białym ręcznikiem. Nadal mokra wyszłam z łazienki i otworzyłam drzwi. W tym momencie ujrzałam... Ethana. Boże, co za cudowny dzień.
-O, cześć.-odpowiedziałam skrępowana, chowając się natychmiast za drzwiami.-Mógłbyś...?
-Tak, przepraszam.-szatyn odpowiedział równie zszokowany, po czym odwrócił się do mnie plecami.
-Daj mi sekundę. A ty... wejdź.-odparłam, po czym szybko wyjęłam z walizki krótkie, jeansowe szorty i różową koszulkę na ramiączka. Pobiegłam do łazienki. Zarzuciłam na siebie ciuchy, zmyłam z twarzy resztki rozmazanego wodą makijażu i rozwinęłam włosy z ręcznika, pozwalając im swobodnie opaść na ramiona. Wyszłam do pokoju, gdzie na kanapie siedział Ethan.
-Przepraszam.-powiedziałam z zawstydzonym uśmiechem i usiadłam obok niego.
-To ja przepraszam. Przepraszam za sytuację w windzie, że przeze mnie zrobiło ci się głupio, ale po prostu chciałem wymusić w nim jakieś uczucia, emocje. W sumie to wyszło tak jak chciałem.-zaśmiał się. Wpatrywałam się w jego krwawiące czoło.
-Mogę ci to opatrzyć?-spytałam. Chłopak pokiwał głową. Wstałam i skierowałam się w stronę kuchni, Ethan podążał za mną. Usiadł na wysokim krześle barkowym, a ja przetrząsnęłam wszystkie szafki w poszukiwaniu apteczki. W końcu ją znalazłam. Postawiłam ją na stole i wyjęłam z niej kawałek gazy, którą nasączyłam wodą utlenioną. Podeszłam do szatyna. Jego zielone oczy wpatrywały się w moje. Starając się nie okazać swojego skrępowania, wzięłam oddech i bez słowa przyłożyłam gazik do rany chłopaka. Syknął z bólu.
-Przepraszam.-wyszeptałam, nie przerywając.
-Wybacz, że tu jestem, ale Justin zamknął się w pokoju i nie chce mnie wpuścić.-parsknął cicho pod nosem.-Mówiłem, że to straszny dzieciak.
Nie reagując na jego słowa, odwróciłam się i wyjęłam z apteczki nieduży plaster. Nakleiłam go chłopakowi na czoło.
-Gotowe.-oświadczyłam.
-Dzięki... Mogę u ciebie posiedzieć, dopóki nie wróci ojciec?-zapytał.
Pokiwałam głową.
-Jasne. Poczęstowałabym cię czymś do picia, ale tak się składa, że szafki są zupełnie puste.-uśmiechnęłam się, po czym poprowadziłam go do pokoju i włączyłam telewizor. Czułam się dziwnie nieswojo w jego towarzystwie. Może to przez tę nagą klatę, na którą bardzo starałam się nie patrzeć? Porozmawialiśmy chwilę, kiedy do pomieszczenia weszła moja mama i powiedziała, że Ted czeka na chłopaka w pokoju. Szatyn podziękował i opuścił pomieszczenie. Natomiast moja mama i ja przygotowałyśmy sobie obiad. Godzinę później mama oświadczyła mi, że idziemy na plażę, jednak ja poprosiłam ją, żebym mogła zostać w hotelu. Chciałam się zdrzemnąć, a tak naprawdę wszystko przemyśleć. Dlaczego taka była reakcja Justina? Chociaż w sumie to go rozumiem, jest po prostu impulsywny, a Ethan serio przeginał. Ale czy naprawdę chodziło o to, że się mu podobam? Czy naprawdę jest na tyle dziecinny, że okazuje mi swoje zainteresowanie poprzez obrażanie mnie? To właśnie te pytania mnie najbardziej dręczyły. Chwile później, nie mogąc znaleźć na nie wszystkie odpowiedzi, zasnęłam...
-Katie, nie uważasz, że szkoda zmarnować pierwszego dnia na spanie? Poza tym, miałaś tyle godzin w samolocie.-powiedziała donośnie moja mama. Uchyliłam lekko oczy. Naprzeciwko siebie ujrzałam wysoką szatynkę z rozpuszczonymi włosami, w granatowej, zwiewnej sukience. Poprawiała właśnie apaszkę na szyi, przyglądając się sobie w lusterku.
-Wstawaj, złotko, wiem, że nie śpisz.-powiedziała zachęcająco nie odrywając wzroku od swojego odbicia lustrzanego. „Nie śpię, bo tak się składa, że właśnie mnie obudziłaś” pomyślałam. Przetarłam oczy i na rękach podniosłam się z kanapy. Objęłam rękami kolana.
-Zimno tu.-powiedziałam zaspana.
Moja mama uśmiechnęła się, po czym sięgnęła po pilot od klimatyzacji.
-Przepraszam, ale kiedy tu wróciłam, nie dało się wytrzymać.-oświadczyła-Szykuj się, Katie.
Uniosłam brwi.
-Nigdzie się nie wybieram.-odpowiedziałam, ziewając.
-Ależ wybierasz! Ty i chłopcy jedziecie na imprezkę.-uśmiechnęła się. Strasznie dziwnie słowo „imprezka” brzmiało z jej ust. Wzruszyłam ramionami. Podniosłam się z kanapy i ruszyłam w stronę łazienki. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Moje włosy były w masakrycznym stanie, bo nie użyłam ani szczotki, ani suszarki, żeby je wysuszyć. Były skołtunione i bardzo napuszone, a to oznaczało, że nie obejdzie się bez użycia prostownicy. Podłączyłam takową do gniazdka, po czym przygotowałam kosmetyki. Nałożyłam jasny podkład na twarz, odrobinę różu na policzki i tusz do rzęs. Następnie dokładnie wyszczotkowałam włosy i wyprostowałam. Opuściłam łazienkę i wróciłam do pokoju, gdzie stała moja walizka.
-Nie myślałam, że jesteś tak leniwa, Katie, że nie chciało ci się zdjąć walizki z łóżka, więc męczyłaś się na kanapie.-skarciła mnie mama. Faktycznie, trochę bolał mnie kark. Zignorowałam jej słowa i zaczęłam grzebać w walizce. Wyciągnęłam z niej czarną, falbaniastą i dosyć krótką sukienkę na ramiączka, do tego czerwone szpilki i kopertówka w tym samym kolorze.
-Co o tym myślisz, mamo?-spytałam, rozkładając strój na jej łóżku.
Kobieta przyjrzała się dokładniej i pokiwała głową z uznaniem. Jednym gestem ściągnęłam sukienkę i dodatki z łóżka, a chwilę potem byłam już gotowa.
-Idź zapukaj do 511 i spytaj wszystkich trzech, czy są już gotowi.-poleciła mi mama. Pokiwałam głową i wyszłam na korytarz. Zapukałam do pokoju numer 511. Otworzył mi Ted, trzymający w ustach szczoteczkę do zębów, z rozpiętą koszulą i w jednym bucie. Po brodzie ściekała ma piana.
-Daj nam jeszcze sekundkę!-powiedział błagalnym tonem, wyjmując szczoteczkę z ust. Uśmiechnęłam się.
-Mi nie potrzeba.-odezwał się głos zza pleców mężczyzny, chwilę potem wyminął go Justin. Oparł się o ścianę przy drzwiach swojego pokoju, Ted nimi trzasnął. Justin ubrany był w jeansy, bardzo obcisłe i biały t-shirt z kolorowym nadrukiem. Jego włosy były w artystycznym nieładzie. Wyglądał jakoś weselej niż zawsze. A może po prostu nie był ubrany jak na pogrzeb..? Jego twarz nie wyrażała emocji, jak zawsze, po prostu patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do swojego pokoju, gdyż był naprzeciwko ich.
-Za chwilę będą gotowi.-poinformowałam mamę, która poprawiała makijaż w lustrze.
-To dobrze. Taksówka czeka, idź i już wsiadaj, ja na nich poczekam. Posłusznie opuściłam pokój, Justin nadal stał przy drzwiach. Zająknęłam się.
-Taksówka czeka przed hotelem... Jak chcesz to możemy pójść już wsiąść.
Chłopak oderwał się od ściany. Zrozumiałam to jako potwierdzenie, więc ruszyłam w stronę windy. Nacisnęłam guzik, chwilę potem drzwi otworzyły się i razem do niej wsiedliśmy. Jechaliśmy w zupełnej ciszy. Trwało to może z półtora minuty, jednak każda sekunda obserwowania własnych stóp dłużyła mi się w nieskończoność. Winda zatrzymała się na parterze. Ramię w ramię opuściliśmy ją i wyszliśmy przed budynek, gdzie faktycznie czekało już auto. Spojrzałam na Justina. Zatrzymał się przed drzwiami samochodu i gestem pokazał, abym wsiadła pierwsza. Jednak jego twarz zbytnio mnie do tego nie zachęcała. Wyszeptałam ciche „dzięki” i weszłam do środka. Kilka minut później dołączył do nas Ethan, który usiadł na fotelu obok kierowcy.
-Sory, że musieliście czekać.-powiedział zdyszany, jakby musiał zbiegać po schodach te 14 pięter.-Rodzice jadą drugą taksówką, bo mówią, że nie mają ochoty się tu gnieździć. Tak naprawdę to pewnie jadą do jakiegoś obskurnego klubu.-zaśmiał się.-Niech nas pan zawiezie na najlepszą imprezę na wyspie.-polecił kierowcy, a ten ruszył. Na dworze było już zupełnie ciemno, lampy oświetlały tylko jezdnię, plaże były zupełnie ciemne, nie było widać, gdzie kończy się ląd, a gdzie zaczyna woda. Zupełna czarna otchłań. Kilkanaście minut później, kierowca zatrzymał się.
-To tutaj.-powiedział ochrypniętym głosem siwy mężczyzna.
Wyjrzałam przez okno. Po lewej stronie, na plaży było widać jakieś światła i tańczących ludzi. Słychać było także głośną muzykę. Opuściliśmy pojazd i ruszyliśmy w stronę plaży. Ethan pociągnął mnie za rękę na środek tłumu, pomiędzy stoły z alkoholem i jedzeniem. Większość ludzi była w samych kostiumach kąpielowych. Zaczęliśmy tańczyć do jakiejś szybkiej piosenki, zostawiając Justina gdzieś z tyłu. Po kilku równie szybkich piosenkach poprosiłam o chwilę przerwy. Ethan powiedział, że spotkamy się za chwilę i wmieszał się gdzieś w tłum. Rozejrzałam się. Przy jednych ze stołów stał Justin i rozmawiał z jakąś dziewczyną. Podeszłam do nich.
-Hej.-powiedziałam cicho, ale entuzjastycznie. Justin skinął mi głową. Nalałam sobie to papierowego kubeczka trochę ponczu. Spojrzałam na towarzyszkę Justina. Była to wysoka, szczupła brunetka z hakowatym nosem. Miała na sobie czerwony stanik od kostiumu i jeansowe szorty. Dolałam sobie jeszcze trochę ponczu. Oparłam się o stół zupełnie ignorując Justina i jego nową koleżankę, bynajmniej taki był mój zamiar. Wbrew własnej woli przysłuchiwałam się ich rozmowie, jednak nic kompletnie nie zrozumiałam. Ona chyba mówiła po innym języku, sądząc po akcencie, po francusku, natomiast Justin rozmawiał z nią jakby to był jego język narodowy. No bo przecież niemożliwe, że upiłam się po dwóch kubkach ponczu, co nie? Nalałam sobie jeszcze jeden kubek. Towarzyszka Justina odeszła. Odwróciłam się do niego przodem, grzebał w kieszeni spodni, po chwili wyciągnął z niej telefon i odszedł. Dopiłam poncz i ruszyłam na środek, szukając partnera. Po kilku tańcach z obcymi facetami, mówiącymi do mnie po kilku językach, spotkałam wreszcie Ethana.
-Tu jesteś!-zawołałam na jego widok, tańczył z jakąś dziewczyną. Zignorował ją zupełnie i podszedł do mnie. Machnął ręką na znak, abym poszła za nim. Odeszliśmy na bok. Chłopak wyjął z kieszeni małą foliową torebeczkę.
-Zobacz, co mam.-powiedział z pełnym dumy uśmiechem.
-Dragi?-zapytałam z nutką ekscytacji w głosie.
Chłopak pokiwał głową.
-Częstuj się. Ja już jedną wziąłem.-powiedział, nie przestając się uśmiechać. Otworzył torebeczkę. Na moją dłoń wypadły dwie malutkie tabletki.
-Mogę dwie?-spytałam.
-Jak chcesz.-odpowiedział obojętnie. Ja tymczasem miałam obie kapsułki już w ustach. Przetrzymując je na języku, podeszłam do stołu i nalałam sobie jeszcze jeden kubek ponczu, którym je popiłam. Podeszłam do stojącego za mną Ethana.
-Dzięki.-powiedziałam, po czym posłałam mu wdzięczny uśmiech i wmieszałam się w tłum. W pierwszych minutach nic nie poczułam, ale po jakimś kwadransie zrobiło mi się ciepło w brzuchu. Czułam jak moje ciało rozpiera energia. Taki power, żeby coś zrobić. Wtedy nie myślałam, że będę mogła jeszcze kiedykolwiek zasnąć. Moją głowę natychmiast opuściły wszystkie smutki, lęki, codzienne troski, a przede wszystkim ciągłe myśli i pytania. Liczyło się tylko to, co dzieje się tu i teraz. Chociaż nie. Nie liczyło się nic. Miałam ochotę kręcić się dookoła, wirować niczym niesiona wiatrem. Byłam taka wolna, lekka... Byłam taka szczęśliwa! Jak dziecko, naprawdę cudowne uczucie. Nic mnie nie bolało, zupełnie jakby mój mózg opuścił moje ciało.



JUSTIN.
Miałem dosyć. Wszyscy ludzie mnie otaczający byli beztroskimi pustakami, którzy łapczywie pragną... no właśnie, czego? Nie mogłem nigdzie znaleźć Ethana. Robiłem chyba już dziesiątą rundkę pomiędzy i dookoła tłumu, a jego wciąż nie dostrzegłem. Jakby wyparował. Rozglądając się, przepychałem się, aby wyjść z tłoku i wtedy na kogoś wpadłem.
-O, czeeść, Jusy!-krzyknęła na całe gardło entuzjastycznie dziewczyna, a po chwili złapała moją szyję, zawiesiła się na niej i oplotła mnie nogami w pasie. Ugiąłem się od jej ciężaru. Gwałtownie oderwałem ją od siebie i postawiłem na nogi. Przyjrzałem się jej twarzy, była taka szczęśliwa, roześmiana, jakby nie miała mózgu i o co się martwić. To była Katie. Jej włosy były w nieładzie.
-Zatańczmy!-zawołała, złapała mnie za jedną rękę i zaczęła tańczyć i kręcić się wokół własnej osi, przechodząc pod moją ręką. Byłem w szoku. Pociągnąłem ją za sobą, wychodząc przed tłum. Stanęliśmy pod jedną z latarni. Złapałem dwoma dłońmi jej roześmianą twarz i zmarszczyłem brwi. Przyciągnąłem ją do siebie i zajrzałem w oczy. Miała bardzo małe źrenice, na pewno coś brała.
-Idziemy.-szarpnąłem ją za rękę i wyprowadziłem z tłumu.
-Nie, ja chcę taaańczyć!-zawołała. Wyrwała się z uścisku mojej dłoni i pobiegła w stronę tłumu, machając rękami.
O Boże, to będzie długa noc. Westchnąłem ciężko i wolnym krokiem podążyłem za nią. Znalazłem ją pomiędzy jakimiś dwoma chłopakami.
-Sory, panowie, ta pani idzie już do domu.-poinformowałem ich, po czym złapałem ją za nadgarstek i tym razem nie pozwalając jej się wyrwać, wyciągnąłem ją ponownie z tłumu. Dziewczyna wybuchła głośnym, nieopanowanym śmiechem. Spojrzałem jej w twarz, ale ona nadal się śmiała. Wbrew moim obawom, nie opierała się, po prostu pod wpływem mojego ciągnięcia, potykając się, szła za mną. Światła latarni i głośna muzyka zniknęły gdzieś za naszymi plecami. Byliśmy w czarnej przestrzeni. Nadal trzymałem dziewczynę za nadgarstek, bojąc się, żeby nie uciekła. Ta co chwilę podśpiewywała sobie pod nosem, krzyczała na całe gardło, lub pytała dokąd idziemy, ale ja nie reagowałem.
-Justin!-zawołała wesoło, po czym jedną wolną od mojego uścisku ręką, złapała mnie za szyję i przyciągnęła do siebie.-Bolą mnie nogi, weź mnie na ręce!-odchyliła głowę do tyłu tak, że mój nos dotykał jej szyi.
-To zdejmij buty.-poleciłem jej, puszczając ją na chwilę.
-Dobra!-krzyknęła, po czym jednym, szybkim ruchem zdjęła czerwone szpilki i wyrzuciła przed siebie. Westchnąłem głośno, po czym podszedłem po nie. Niestety jeden wpadł do wody, a ja jakoś wyjątkowo nie miałem ochoty po niego nurkować. Złapałem jeden but za obcas, drugą ręką podniosłem Katie, siedzącą na piasku i rozmasowującą stopy.
-To nie jest śmieszne, chcę do domu.-oświadczyła z powagą, wypinając pierś.
-Ta, ja też. Tyle, że kompletnie nie wiem, gdzie jesteśmy.
Szatynka wybuchła głośnym śmiechem.
-Jesteś bezużyteczna, szczerze, to wolałbym się tutaj zgubić sam.-powiedziałem sam do siebie, przewracając oczami i pociągnąłem dziewczynę za nadgarstek. Kierowaliśmy się w stronę świateł latarni na ulicy, w stronę cywilizacji. Chwilę potem byliśmy już w taksówce, odwożącej nas do domu. Pojazd zaparkował pod hotelem. Zapłaciłem kierowcy i wysiadłem pierwszy, po czym pociągnąłem za sobą Katie, która najwyraźniej zasnęła, bo miała opartą głowę o szybę i zamknięte oczy.
-Niespodzianka! Wcale nie śpię!-wrzasnęła na całe gardło i wyskoczyła z samochodu. Stanęła obok mnie z zadowolonym uśmiechem.
-Ale inni chcą, więc bądź tak łaskawa i nie krzycz. Daj ludziom się wyspać.
Dziewczynie zszedł uśmiech z twarzy. Dobrowolnie szła za mną do windy. Dwie minuty później staliśmy pod jej pokojem.
-Gdzie masz klucze?
Dziewczyna przesadnie wzruszyła ramionami i zaczęła się chwiać na bosych stopach. Zacząłem grzebać w jej torebce, ale ona odwracała się, nie pozwalając mi nic z niej wyciągnąć.
-Nie ruszaj się.-poleciłem, ale ona ciągle uciekała. W końcu, kiedy zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać, wyciągnąłem kluczyki i otworzyłem drzwi pokoju, jej rodziców jeszcze nie było. Od razu uderzyło w nas lodowate powietrze. Nie zapalając światła przeszliśmy dalej.
-Kładź się.-poleciłem jej, zrzucając z łóżka walizkę, a następnie unosząc kołdrę. Rzuciłem jednego czerwonego buta koło szafy. Dziewczyna pokręciła głową z miną zbitego szczeniaka.-No dalej, Katie.-powiedziałem. Dziewczyna z na wpół zamkniętymi oczami, po omacku zaczęła zsuwać ramiączka sukienki.-Ejej, zaczekaj, możesz położyć się w tym!-powiedziałem, zasłaniając oczy dłonią. Szatynka jednym susem wskoczyła do posłania. Od razu zamknęła oczy i wygodnie ułożyła się na poduszce. Nakryłem ją starannie kołdrą, po czym podszedłem wyłączyć klimatyzację. Wredny to może i byłem, ale nie na tyle, żeby pozwolić jej zamarznąć w tej kostnicy.
-Justin, zimno mi!-zapiszczała dziewczyna. Przewróciłem oczami. Miałem dosyć tej fuchy niańki.
-Gdzie?-spytałem z wyrzutem.
-W usta...-odpowiedziała niby smutno, ziewając. Na mojej twarzy pojawił się mimowolny uśmiech. Odwróciłem się i opuściłem pokój, zamykając za sobą drzwi.

__________________________
Cześć, dziewczyny! Mam nadzieję, że rozdział się Wam spodoba, nie ukrywam, że bardzo długo nad nim pracowałam. Przepraszam, że tak długo nie dodawałam, ale po prostu liczyłam, że będzie trochę więcej komentarzy. No cóż, przykro mi. c;
Tagi: 3
31.03.2013 o godz. 13:20
Wpatrywałam się bezmyślnie w kolorowy ekran telewizora, zaciskając w jednej dłoni rąbek zielonego koca. Nerwowo ruszałam palcami u stóp, wsłuchując się w przeżuwanie popcornu przez Ethana, zajmującego miejsce w środku, który trzymał dużą, szklaną miskę z popcornem. Wszyscy siedzieliśmy po ciemku, na skórzanej kanapie pod kocem i na głos komentowaliśmy filmy już od dobrych kilku godzin. Tyle, że nie wszyscy byli bardzo aktywni. Justin rzadko kiedy się odzywał, ale cóż, może on taki właśnie jest. W pewnym momencie, chyba około godziny 2 nad ranem, zadzwonił dzwonek do drzwi.
-No nareszcie! Nieźle zabalowali.-powiedziałam do chłopaków ze śmiechem, zsunęłam z siebie koc i wstałam. Podeszłam do drzwi, i przekonana, że to rodzice, otworzyłam bez zerkania w wizjer. Chwilę potem mnie zamurowało. Zamrugałam z niedowierzaniem.
-Co ty tutaj robisz?-spytałam cicho, jakby z nadzieją w głosie. Naprzeciwko mnie stał mój były chłopak, który rzucił mnie tydzień temu dla mojej przyjaciółki. Bardzo cierpiałam, dlatego starałam się go unikać, aby wspomnienia nie wracały. Spotkałam go pierwszy raz od zerwania, bo nie chodziliśmy do jednej szkoły.
-Katie...-wycedził, próbując przestać się chwiać na lewo i prawo. Jego głos drżał.
Zmierzyłam go wzrokiem i parsknęłam.
-Jesteś żałosny.-skwitowałam i trzasnęłam mu drzwiami przed nosem, bynajmniej taki był mój zamiar, ponieważ chłopak włożył stopę między futrynę a drzwi.-Wynoś się.-dodałam stanowczo.
-Katie, porozmawiajmy, kocham cię!-wykrzyczał chyba na całe gardło Bryan. Chcąc go uciszyć, otworzyłam szerzej drzwi i powiedziałam:
-Jesteś pijany, pogadamy jak przejdzie ci kac.
-Nie, wróć do mnie, błagam.-to powiedziawszy przysunął się do mnie i złapał mnie w tali, przysuwając swoją twarz do mojej. Czułam do niego wstręt, w tamtym momencie również odór alkoholu.
-To ty mnie rzuciłeś, puszczaj!-krzyknęłam roztrzęsionym głosem, starając się nie dać do końca upustu emocjom. W tym momencie poczułam ręce na mojej talii, które pociągnęły mnie do tyłu, tym samym wyrywając mnie z uścisku Bryana.
-Co to za jeden, kochanie?-powiedział znajomy głos Ethana, który pokazowo pocałował mnie w policzek.
-To przeszłość.-odparłam, odzyskując natychmiast kontrolę nad swoim głosem i co ważniejsze ciałem, po czym na dobre zatrzasnęłam drzwi. Bryan był najwidoczniej zbyt zszokowany całym tym zajściem, bo nie protestował.
-Dzięki.-powiedziałam do Ethana i razem wróciliśmy do salonu, gdzie Justin zupełnie nieprzejęty tymi krzykami, jadł spokojnie popcorn. Boże, on zaczyna mnie coraz bardziej denerwować.
Usiadłam na kanapie, tym razem w środku, samo jakoś tak wyszło. Moje podkurczone kolana dotykały kolan Justina i Ethana, więc czułam się trochę skrępowana i lekko nieswojo, ale dałam jakoś radę. Ethan nie wypytywał więcej o Bryana, więc sama nie zaczynałam tematu, kilkanaście minut później, zjawili się nasi rodzice. Ted zabrał swoich synów do domu, a ja poprowadziłam bardzo miłą konwersację z moją mamą, która wyglądała mniej więcej tak:
-I jak się bawiłaś? Umówiłaś się z którymś? Wiesz, to chyba nie będzie kazirodztwo, jeśli zaczniesz z którymś flirtować.-powiedziała, śmiesznie poruszając brwiami.-zresztą nie wiem.-dodała, chowając telefon do kopertówki.
-Mamo, jak mogłaś mi to zrobić? Przecież ja ich w ogóle nie znałam, a ty wpuściłaś ich do naszego domu i zostawiłaś mnie samą, na pastwę losu!-powiedziałam z wyrzutem, siląc się na poważny ton, ponieważ widok pijanej kobiety, dosłownie mnie rozwalał od wewnątrz.
-Nie dramatyzuj, na pewno było fajnie.-powiedziała nieobecnym głosem i chwyciła się barierki schodów.-Dobranoc, skarbie.-weszła na górę i zatrzasnęła za sobą drzwi od sypialni. Ogarnęłam bałagan na dole i również udałam się piętro wyżej.


-No co ty, nie żartuj! Ale jacy oni są, przystojni?-dopytywała szczupła blondynka, siedząca po turecku na moim łóżku. Jej jasne włosy opadały na jej zbyt chude, opalone ramiona.
-Są przystojni. Ale chyba nie w moim typie.-odparłam, ukrywając ekscytację, po czym obróciłam się dwa razy w fotelu, na którym siedziałam.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
-Dzięki, dobra z ciebie przyjaciółka.-odparła lekko obrażonym tonem.
Spojrzałam na nią pytająco, popijając Coca-colą. Odstawiłam butelkę na biurko i przełknęłam resztkę napoju, którą miałam w ustach.
-O co ci chodzi?-spytałam, nie ukrywając zaskoczenia.
Dziewczyna odpowiedziała natychmiast, z szerokim uśmiechem na twarzy:
-To, że nie są w twoim typie, nie znaczy, że nie w moim! Mogłabyś mnie z nimi swatać, a nie od razu kończysz temat.-zaczęłyśmy się obie śmiać. Wzięłam laptopa stojącego obok mnie na biurku, usiadłam obok Abby na łóżku i uruchomiłam komputer. Wyjęłam z kieszeni szortów iphone'a i wybrałam numer mamy.
-Co robisz?-spytała moja przyjaciółka. Nie odpowiedziałam jej, bo w tym momencie, moja matka odebrała.
-Cześć mamuś, mogłabyś mi powiedzieć jak ma na nazwisko ten twój Ted?-spytałam słodkim głosem, uśmiechając się do mojej przyjaciółki, która zrozumiała chyba o co chodzi i przyglądała mi się.
-Ale po co ci?-spytała jak zwykle podejrzliwa mama.
-Chcę sprawdzić na internecie tego twojego chłopaka. No wiesz, czy nie był karany i w ogóle. Martwię się o ciebie, żebyś nie umawiała się z bandytą.-odparłam, z trudem powstrzymując śmiech.
-Zapewniam cię, że nie masz się o co martwić. Ale dobrze, jak chcesz. Bieber. Muszę kończyć, pa.-odpowiedziała monotonnym głosem i rozłączyła się.
Spojrzałam na moją przyjaciółkę, która z podekscytowaniem podskakiwała na siedząco na moim łóżku. Jej błękitne oczy błyszczały, jakby była na haju.
-Bieber. Justin i Ethan Bieber.-powiedziałam z triumfalnym uśmiechem, po czym znalazłam Ethana na Facebooku.-No proszę, co my tu mamy? Ethan Bieber, 18 lat, Gallery Row.-przeczytałam informacje z monitora.-I uwaga, jest wolny!-powiedziałam, po czym spojrzałam na moją przyjaciółkę. Uśmiechała się. Włączyłam zdjęcie profilowe Ethana, na którym bardzo korzystnie wyglądał. Stał na plaży w samych szortach, miał rozwiane przez wiatr włosy i nieziemską opaleniznę. Uśmiechał się uroczo do obiektywu.
-O rany, ale klata!-aż zapiszczała moja przyjaciółka, na co ja wybuchłam śmiechem. Przełączyłam na następne zdjęcie, na którym nie był sam. Jedną ręką obejmował jakąś dziewczynę, drugą swojego brata. Wszyscy uśmiechali się szeroko do obiektywu, to było na jakiejś tłocznej ulicy.
-Co to za jedna?-spytała moja przyjaciółka.
Najechałam na jej twarz, była oznaczona.
-Jessica Hilminton. Ale tu pisze, że jest z Kanady, więc spoko.-odparłam, przeglądając jej profil w drugiej karcie, którą po chwili zamknęłam i wróciłam do poprzedniego zdjęcia.
-A to ciacho?-spytała z ekscytacją w głosie.
-Justin, jego brat.-odparłam bez emocji.
-Ty szczęściaro! Wejdź na jego profil.-poleciła mi Abby. Tak też zrobiłam. Chwilę potem moja przyjaciółka powiedziała jakby ze wstrętem w głosie:
-Cofnij na poprzednią stronę, ma dziewczynę.
-Co?-spytałam jakby zszokowana, w sumie nie wiem czemu, jakby się nad tym dłużej zastanowić, to było przecież logiczne.
-Tu pisze "w związku z Selena Gomez".-wskazała Abby palcem. Weszłam na jego zdjęcie profilowe. Miał na nim czapkę zimową, grubą kurtkę i czerwone policzki. Pewnie to była zima. Był pochylony nad stołem i w ręku trzymał telefon. To wyglądało jakby ktoś zawołał "Justin, uśmiech!", a on w tym momencie oderwał się od wykonywanej przed chwilą czynności i uśmiechnął do obiektywu. Wyszedł całkiem ładnie. Przełączyłam na następne zdjęcie. Moja przyjaciółka nie skomentowała go, ja również nie. Przełączyłam na kolejne, ale po tym zdecydowałam się opuścić jego profil. Kiedy zamknęłam laptopa i już otworzyłam usta, aby spytać się swojej przyjaciółki, co myśli, nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Kto to?-spytała blondynka. Pokręciłam głową i bez słowa zeszłam na dół. Otworzyłam drzwi. Przede mną stał... Justin.
-O, cześć.-powiedziałam po chwili milczenia, bo byłam lekko zdziwiona. Szatyn, ubrany w krótkie, żółte spodenki, biały t-shirt i czarnego fulcapa, przyglądał mi się dokładnie. Uśmiechnęłam się promiennie, on jednak nie odwzajemnił uśmiechu.-Coś się stało?-spytałam nadal miło.
-Zostawiłem u ciebie wczoraj okulary przeciwsłoneczne.-powiedział, patrząc w ziemię.-Mogę wejść?-przeniósł wzrok na mnie i spojrzał mi w oczy.
-Jasne, ale nie widziałam ich tutaj.-odparłam, po czym otworzyłam szerzej drzwi i odsunęłam się na bok. Chłopak przeszedł od razu do salonu i rozejrzał się.-Sprawdź pod kanapą.-poleciłam, podchodząc do niego. Szatyn tak też zrobił, jednak nie znalazł tam tego, czego szukał. Po kilku minutach zadzwonił jego telefon. Nie krępując się, natychmiast odebrał i głosem miłym, którego jeszcze nigdy nie skierował do mnie, powiedział:
-Hej, Selly, za chwilę będę.-i najwyraźniej nie czekając na odpowiedź, rozłączył się.-Dobra, trudno, ja lecę.-powiedział tym razem do mnie, o wiele chłodniej. A może po prostu byłam przewrażliwiona? Podążyłam za nim, aby zamknąć drzwi, ale wyręczył mnie i zatrzasnął mi je pod nosem.
-Cześć.-wyszeptałam zdziwiona sama do siebie i wróciłam na górę, gdzie opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce, która najwyraźniej nie przejęła się tym zbytnio, bo spytała:
-Ej, a myślisz, że mam jakieś szanse u tego Ethana?
Przewróciłam wymownie oczami i wzruszyłam ramionami. Wyjrzałam przez ramię mojej przyjaciółki wprost na okno. W tym momencie Justin wsiadał do swojego samochodu i odjeżdżał z naszego podjazdu. Nie odrywając wzroku od szyby, powiedziałam do swojej przyjaciółki:
-Wiesz, jak chcesz to załatwię ci z nim randkę. Kto wie? Może coś z tego wyjdzie...
Dziewczyna bez słowa rzuciła mi się na szyję i przytuliła mnie mocno.


-Córuś, ubieraj się już powoli.-powiedziała moja mama, wchodząc z dwoma torbami zakupów. Zamknęłam za nią drzwi i podążyłam do kuchni, gdzie już wypakowywała produkty. Dołączyłam do niej.
-Przecież jestem ubrana.-powiedziałam, chowając do szafki chleb.
-Ale jak to? Nie mówiłam ci?-spytała wyraźnie zdziwiona, podchodząc do mnie i wyjmując z reklamówki dwa jogurty. Pokręciłam głową.-Ted zaprosił nas dzisiaj do siebie na obiad.-powiedziała z uśmiechem.
Zamurowało mnie. Nie miałam ochoty na kolejne spotkanie z uroczym rodzeństwem lub kolejne zostawienie mnie z nimi sam na sam.
-Już jadłam, zamówiłyśmy z Abby pizzę.-powiedziałam niby smutnym głosem, licząc, że uda mi się jakoś z tego wykręcić. Mama chowała puste reklamówki do szuflady. Po chwili podeszła do mnie i złapała mnie za rękę.
-Córeczko, wiem, że to dla ciebie ciężkie, że nie jesteśmy już tylko we dwie, ale spróbuj cieszyć się moim szczęściem.-powiedziała cicho kobieta, lekko rozczarowanym głosem. Czy ona sugerowała, że jestem o nią zazdrosna?!
-Mamo, to nie tak, naprawdę już jadłam.-powiedziałam, próbując się jakoś usprawiedliwić, bo zrobiło mi się trochę głupio.-No ale dobrze, pójdę tam...dla ciebie.-dodałam, po czym szarpnęłam rękę z jej uścisku i pomaszerowałam na górę. Weszłam do pokoju, gdzie rozpoczęłam przygotowania. Moje naturalnie kręcone włosy podkręciłam bardziej lokówką, zrobiłam sobie lekki makijaż i ubrałam się. Po chwili zeszłam na dół, gdzie mama pochwaliła mnie za stosowny ubiór i razem wsiadłyśmy do samochodu.

Samochód stanął pod niedużym, białym budynkiem, najwidoczniej dawno niemalowanym, bo lekko brudnym. Za zardzewiałą furtką znajdowała się mała ścieżka, otoczona kolorowymi kwiatami, prowadząca do schodów. Podążyłyśmy dróżką i zadzwoniłyśmy dzwonkiem do drzwi. Chwilę później otworzył nam Ted, ubrany w jasne jeansy i sweter w paski. Nie cierpię pasków.
-Proszę, wchodźcie.-mówił ciepłym głosem, prosząc nas dalej. Już w korytarzu uderzył nas zapach pieczonego kurczaka, który podsycił mój głód. Dom był skromnie urządzony, ale dokładnie wysprzątany. Kuchnia była wąska, ale jasna i schludnie urządzona. Po chwili z góry zbiegł Ethan, ubrany w biały t-shirt i dość obcisłe jeansy.
-Dzień dobry-przywitał się najpierw z moją mamą, później kiwnięciem głowy i uśmiechem ze mną. Zasiedliśmy we 4 do stołu. Po chwili Ted zaczął nakładać nam pachnącego kurczaka na talerze.
-Ethan, idź po Justina.-polecił Ted swojemu synowi, co ten posłusznie wykonał. Podniósł się energicznie z krzesła i pobiegł na górę. Chwilę potem, kiedy Ted skończył już nakładać obiad i zasiadł z nami do stołu, usłyszeliśmy jakieś stłumione kłótnie z góry. Nie były to wyzwiska, bójki ani nic w tym stylu, po prostu drobna sprzeczka.
-Wybaczcie na chwilę.-powiedział lekko zawstydzony Ted, po czym podniósł się i pognał na górę. Spojrzałam pytająco na moją mamę, kiedy zostałyśmy same w kuchni. Kobieta w złotej sukience wzruszyła ramionami, również wyraźnie zdziwiona. Na oko dwie minuty później, z góry zeszli wszyscy mężczyźni. Ted, Ethan i obrażony Justin, ubrany w czarną koszulkę i czarne rurki.
-Dzień dobry.-powiedział od niechcenia do mojej mamy i usiadł do stołu obok swojego ojca. Na mnie nawet nie spojrzał. Zdenerwowany Ted, którego twarz przybrała przed chwilą niewyraźny uśmiech zajął głos:
-Wybaczcie, Justin przechodzi teraz okres buntu, prawda synu?-spojrzał na niego, ale ten nie podniósł głowy. Patrzył w ziemię.
-Wcale nie.-odparł po chwili i zabrał się do jedzenia, zawistnym wzrokiem wpatrując się przez cały czas w jeden punkt, gdzieś za plecami mojej matki. Gdy skończyliśmy posiłek, Justin zapytał czy może wstać i odejść.
-A nie posiedzisz z nami?-spytał jego ojciec, wstając.
-Nie.-odparł chłopak, i nie czekając na pozwolenie wstał od stołu i ociągając się wszedł na górę. Później słychać było już tylko trzaśnięcie drzwiami. Ethan również wstał od stołu, następnie moja mama i ja. Ojciec chłopaków poprosił Ethana, aby pokazał mi swój pokój, on zaś usiadł na kanapie w salonie z moją mamą. Chłopak posłusznie poprowadził mnie na górę.
-Proszę, to mój pokój.-wskazał dłonią na uchylone drzwi, pokazując mi abym weszła pierwsza. Uśmiechnęłam się i weszłam do środka.
Pokój był całkiem spory, na pewno większy niż kuchnia. Ściany pomalowane były na biało, a na podłodze leżał czarny dywan. Usiadłam na jednoosobowym łóżku. Ethan stał nade mną, a po chwili powiedział, że pójdzie po Justina. Jednak po kilku minutach wrócił i oświadczył, że Justinowi odbiło. Zaproponowałam, że ja spróbuję. Wstałam i wyszłam na korytarz. Skierowałam się w stronę, z której przed chwilą wrócił Ethan. Mijałam ściany obwieszone zdjęciami małych chłopców ze swoim ojcem i jakąś nieznaną mi kobietą. Zatrzymałam się przy jednym z nich. Młoda, bardzo ładna szatynka, trzymała na kolanach dwóch, wesołych chłopców, na oko w wieku 7 lat. Byli bardzo szczęśliwi. To musiała być ich matka. Nie wiem, co się z nią stało, ja nie znałam swojego ojca. Podeszłam do drzwi i zapukałam.
-Mogę?-spytałam, uchylając je delikatnie. Nikt nie odpowiedział. Weszłam do środka. Ściany były czarne, podłoga obłożona panelami. Panował tu niezły syf, wszędzie porozrzucane ubrania, kilka pustych talerzy na biurku. Justin leżał z laptopem na brzuchu. Bez słowa spojrzał na mnie.
-Cześć.-powiedziałam cicho, siadając obok niego.-Możemy pogadać?
-Nie mamy o czym.-odpowiedział krótko, odwracając wzrok i spoglądając z powrotem na ekran komputera.
-Sądzę, że jednak mamy.-odparłam trochę pewniej.-Justin, nie wiem o co ci chodzi, przecież ci nic nie zrobiłam, a wydaję mi się, że za mną nie przepadasz.
Chłopak parsknął pod nosem, nie odrywając wzroku od komputera.
-Punkt za spostrzegawczość.-powiedział ironicznie.
Otworzyłam buzię ze zdziwienia, bo jeszcze nigdy w życiu nikt nie potraktował mnie tak chamsko, nigdy. Ja tu przychodzę, praktycznie przepraszam go za nic, a on tu mnie wyśmiewa. Podniosłam się z łóżka i spojrzałam na niego z góry.
-Jesteś bezczelny.-spojrzałam ostatni raz na jego uśmiechniętą ironicznie twarz, po czym trzasnęłam drzwiami i wróciłam do pokoju Ethana, który siedział na krześle od biurka.
-Jak poszło?-spytał, gdy zamknęłam za sobą drzwi.
-Spławił mnie.-odpowiedziałam bezsilnym głosem, siadając ponownie na łóżku. Szatyn przez chwilę nic nie mówił, jednak po chwili zdecydował się coś powiedzieć. Wstał i usiadł obok mnie.
-Wiesz, nasza mama umarła niecałe 2 lata temu. Justin od tamtej pory bardzo się zmienił. Zaczął się izolować, uciekać z domu, pić. Ojciec nie ma już nad nim kontroli, przestał już z nami w ogóle rozmawiać. Jedyną osobą, która ma na niego w miarę pozytywny wpływ jest jego dziewczyna, której się zwierza. Ale też robi to niechętnie, to dlatego, że ona tak jakby przeżyła razem z nim tę tragedię...-urwał po chwili.-Także nie gniewaj się na niego.-dodał po chwili, uśmiechając się smutno. Zastała cisza. Więc ten chłopak nie jest wcale taki zły jak myślałam, on po prostu bardzo cierpi.
-Nie wiedziałam, bardzo mi przykro.-odezwałam się po chwili i przytuliłam po przyjacielsku Ethana. Chociaż znałam go słabo, to zdążyłam już polubić.


______________________________________
Dziewczyny, co myślicie o nowym opowiadaniu? Lepsze niż poprzednie? I dziękuję wam bardzo za komentarze pod poprzednim! :) Nie zawiedźcie mnie i tym razem.

PS. Macie już bilety na koncert Justina? :-D


Tagi: 2
24.02.2013 o godz. 13:14
-Katie!-krzyknęła wysokim, zdenerwowanym głosem moja matka-W tej chwili złaź, no chyba, że chcesz, żeby kolejny facet rzucił mnie, bo jestem spóźnialska!
Postanowiłam to zignorować, tym bardziej,że dobrze wiedziałam, że ten facet i tak ją rzuci. Za dobrze ją znam, nikt z nią nie wytrzyma. Chwilę później usłyszałam stukanie obcasów o szklaną podłogę w jadalni, głośne trzaśnięcie drzwiami i odpalenie silnika auta za oknem. Przewróciłam oczami i westchnęłam głośno. Napisałam jedynie "Muszę lecieć, pa" do koleżanki, z którą prowadziłam właśnie niezwykle ważną konwersację, po czym z trzaskiem zamknęłam białego laptopa. Wstałam od biurka i wyjrzałam przez okno-mama ciągle czekała w samochodzie na podjeździe przed domem. Kurczę, a już liczyłam, że zdenerwowała się i odjechała. No nic. Podeszłam do lusterka, wiszącego przy szafie i spięłam długie, brązowe włosy w wysokiego, niedbałego kucyka. Jednak nie na tyle niedbałego, żeby mówił "jestem sierotą, nie potrafię się uczesać i nie dbam o siebie", wręcz przeciwnie, ten mówił "jestem zbyt zajęta, żeby martwić się takimi głupotami, i tak wyglądam świetnie". Eyelinerem poprawiłam narysowaną rano kreskę i delikatnie musnęłam swoje duże, różowe usta błyszczykiem. Ubrana byłam już od godziny w to. Przejrzałam się jeszcze raz i uśmiechnęłam do swojego odbicia. "Wyglądam zabójczo" pomyślałam. Zbiegłam po schodach, na tyle szybko, na ile pozwalały mi obcasy i zatrzasnęłam za sobą drzwi od domu. Już przed autem mój wzrok spotkał się z zawistnym spojrzeniem mamy. Wsiadłam do auta i zajęłam miejsce obok niej.
-Co?-spytałam pretensjonalnie, widząc jej pożerającą mnie minę.
-Masz zamiar odbić mi tego faceta?!-spytała wrednym tonem-Bo wystroiłaś się, jakbyś to ty szła na randkę, albo na dyskotekę. Tymczasem ja naprawdę lubię tego faceta, dlatego chcę abyś poznała jego dzieci.-dodała już trochę łagodniej, po czym westchnęła cicho, mierząc mnie wzrokiem jeszcze raz i już bez słowa odpaliła silnik.
Mama zaparkowała pod małą restauracją, z racji, że obiad stawiał nam jej nowy facet. Na pewno gdyby to moja mama była fundatorem, jedlibyśmy w najlepszej restauracji w Los Angeles. Opuściłyśmy samochód i ramię w ramię ruszyłyśmy w stronę drzwi. Przy otworzeniu przez nas drzwi, rozbrzmiał cichutki dźwięk dzwonka, zawieszonego nad nimi. Starsza kobieta podeszła do nas i podała nam kartę, gdy zajęłyśmy już miejsce przy niedużym stoliku przy oknie.
-Wiesz co, mamo?-spytałam, a kobieta przeniosła wzrok z karty na mnie.-Myliłam się, może i jakiś facet jest podobny do ciebie i naprawdę będziecie do siebie pasować.
Kobieta, ubrana w granatową marynarkę i czarną spódnicę zmarszczyła brwi.
-O co ci chodzi? Przecież nawet go jeszcze nie poznałaś.-powiedziała powolnym, podejrzliwym tonem, nie spuszczając ze mnie przeszywającego wzroku.
-Nie muszę go znać, żeby stwierdzić, że jest jeszcze bardziej spóźnialski od ciebie.-zaśmiałam się, po czym przeniosłam wzrok z powrotem na kartę.
Mama przewróciła oczami i westchnęła, po czym spojrzała na nadgarstek, na którym swobodnie wisiał zegarek Chanel. W tym momencie wyjęła telefon i wybrała jakiś numer.


Justin.
-Halo?-mój ojciec, siedzący w tym momencie na krześle przy stole obok mnie, właśnie odebrał telefon.-O, cześć kochanie. Tak, tak, jesteśmy w drodze, ale straszne korki są.-dodał, przeżuwając kęs kanapki. No papa, do zobaczenia.
-Niezły blef.-parsknąłem, wyjmując łyżkę z buzi, kończąc swoje płatki.
-Cicho. Dobra, nie kończ już-dodał nerwowo, zostawiając swoją kanapkę na stole, po czym podszedł do mnie i zabrał mi spod nosa miskę płatków.-Wychodzimy.
-Nie umyłem jeszcze zębów.-powiedziałem, wstając od stołu. Wzruszyłem ramionami.-Ale skoro tak ci się spieszy to trudno, powalę twoją dziewczynę zniewalającym oddechem.-po czym skierowałem się w stronę drzwi.
-A gdzie Ethan?-spytał mój ojciec, prasując koszulę na starej, połamanej desce.
Wzruszyłem ramionami.
-W samochodzie to on na pewno nie czeka-otworzyłem drzwi, kiedy usłyszałem dźwięk zbiegania ze schodów.
-Już idę!-powiedział wesoło mój starszy o rok brat, po czym stanął obok mnie.-A ty jak zwykle ostatni, tato.-te słowa skierował do naszego ojca, po czym oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Nasz ojciec zawsze mówi tak do nas, kiedy musi na nas czekać. Przybiliśmy sobie piątkę. Nasz ojciec zmierzył nas piorunującym wzrokiem, zapinając koszulę.
-Bardzo śmieszne.-burknął-do samochodu.-po czym dołączył do nas i razem opuściliśmy dom.

Katie.
-Mam dosyć.-powiedziałam do swojej załamanej matki, która oparła sobie rękę na czole i siedziała w milczeniu.-Idę do łazienki.-odstawiłam głośno kawę na stolik i udałam się do łazienki. Chwilę potem, gdy poprawiłam już usta błyszczykiem, wróciłam na salę, gdzie zobaczyłam moją mamę, obściskującą się z wysokim, dość przystojnym brunetem, ubranym w tanią koszulę w kratkę i jeansy. Na oko był w wieku mojej mamy. Uśmiechnęłam się sztucznie i z takim wyrazem twarzy podeszłam do swojego stolika.
-Dzień dobry! Mam na imię Katie.-wyciągnęłam dłoń do mężczyzny, którą ten uścisnął.
-Katie! Twoja mama wiele mi o tobie opowiadała.-Odparł mężczyzna z szerokim, śnieżnobiałym uśmiechem.-Mów mi Ted.
W tym momencie dzwoneczek znad drzwi, który zdążyłam usłyszeć już ze sto razy odkąd tu jestem ponownie zadzwonił. Nie przejęłam się tym, zajęłam miejsce przy stole, tyłem do drzwi, na przeciwko mojej matki i Teda. Wtedy moja matka ponownie wstała. Odwróciłam się za siebie, aby spojrzeć dokąd poszła. Naprzeciwko niej stało dwóch, wysokich szatynów. Podniosłam się z miejsca i stanęłam obok niej, w tym czasie jeden z nich całował rękę mojej matki.
-Cześć, jestem Ethan.-podszedł do mnie jeden z nich i uścisnął moją dłoń.-Syn Teda-uśmiechnął się.
-Katie, miło mi poznać.-odpowiedziałam uśmiechem.
-Justin.-odparł drugi chłopak obojętnie, jak się domyślam, brat Ethana. Nawet nie uścisnął mi dłoni, po prostu przeszedł obok mnie i usiadł przy stole. Moja napoczęta kawa była na miejscu obok niego, tam więc usiadłam. "Uroczy" pomyślałam i usiadłam. Miejsce obok mnie, po drugiej stronie zajął Ethan. Wspaniale, lepiej być nie mogło. Przez całą kolację, nasi rodzice śmieli się i rozmawiali, próbując nas jakoś wkręcić do rozmowy. Ja natomiast bacznie obserwowałam dwóch przystojniaków, bo muszę przyznać, że na brak urody to narzekać oni nie mogli. Co jakiś czas mój wzrok spotkał się z wzrokiem Ethana, uśmiechaliśmy się oboje, ogólnie było sympatycznie, jednak z wzrokiem Justina nie spotkałam się ani razu. Ten pochłonięty był zupełnie w smsowaniu pod stołem. No cóż. Po kilku godzinach milczenia, co zdarza mi się rzadko, moja mama zaproponowała, że zamówi nam taksówkę i "razem z chłopcami pojadę do naszego domu, gdzie poczekam aż oni wrócą z imprezy, bo musimy się lepiej poznać". Aha, z imprezy dla 40latków. Ej, że co proszę? Mam być z nimi sam na sam w domu? Bosko.
-Wolałabym nie.-powiedziałam cicho, ale moja matka skarciła mnie wzrokiem.
-To ja już dzwonię po taksówkę.-odparła z uśmiechem moja matka.

Kilka minut później siedziałam już w taksówce pomiędzy Justinem i Ethanem. Moja matka już zapłaciła i dokładnie omówiła drogę z taksówkarzem, więc mogliśmy sobie spokojnie posiedzieć w milczeniu. Taxi zaparkowało pod moim domem. Wysiedliśmy. Chłopacy podążając za mną, przeszli przez furtkę i w ciszy czekali aż przekręcę kluczyk w zamku. Otworzyłam drzwi na oścież i zapaliłam światło w holu.
-Proszę, rozgośćcie się.-powiedziałam monotonnym głosem, wskazując na otwarte drzwi, gestem mówiącym "wchodźcie szybciej, zimno mi".
-Panie przodem.-odezwał się Ethan, po czym uśmiechnął się szeroko. Odwzajemniłam uśmiech.
-Goście przodem.-zażartowałam, oboje zaśmialiśmy się, kiedy Justin minął nas i wszedł do domu. Ethan przewrócił wymownie oczami.
-Daruj mu, coś go dzisiaj ugryzło, albo po prostu wpadłaś mu w oko.-wyszeptał, na co ja zaśmiałam się i razem weszliśmy do domu. Zamknęłam za nami drzwi, po czym poprosiłam chłopaków o zajęcie miejsca na białej, skórzanej kanapie.
-Napijecie się czegoś?-spytałam, zakładając nerwowo ręce za plecami. Sięgnęłam po pilot i włączyłam MTV.
-Poproszę wodę.-powiedział miło Ethan.
-Ja też.-dodał mniej sympatycznie, w sumie zupełnie obojętnie Justin. Postanowiłam to zignorować.
-Robi się.-odparłam wesoło i poszłam do kuchni po szklanki i wodę. Zaniosłam to do salonu i wręczyłam chłopakom po szklance z wodą. Usiadłam na fotelu po ich lewej stronie, bliżej Ethana.
-To... czym się interesujecie?-spytałam trochę nieśmiało, popijając wodą.
-Jestem artystą ulicznym.-odparł natychmiast Ethan.
-Serio? Wow, a co konkretnie robisz?-spytałam z uśmiechem.
-Maluję na ziemi, znaczy na betonie.-odparł z satysfakcją.
-Ekstra, pewnie masz talent.-odpowiedziałam.
-A ty, Justin?-spytałam po chwili ciszy, bardzo nieśmiało, bałam się, że dało się to wyczuć.
-Tańczę.-odpowiedział, unosząc wzrok znad ekranu telefonu.
-Tak? A potrafisz mówić więcej niż dwa słowa w jednym zdaniu? Bo nie wiem o co ci chodzi, ale nie podoba mi się twoje zachowanie.-powiedziałam z udawaną sympatią.
Oboje chłopacy spojrzeli na mnie zszokowani.
-Tańczę breakdance, Katie.-odparł ze śmiechem. Po raz pierwszy od kilku godzin na jego twarzy zawitał uśmiech.-To trzy słowa.-dodał, a ja przewróciłam oczami. Ale co on powiedział?
-Co tańczysz?-spytałam zszokowana.
-Breakdance.-odparł natychmiast, chowając telefon do kieszeni.-A co?
-Nic, też tańczę breaka.
Chłopak zaśmiał się trochę drwiąco.
-Nie wyglądasz.-odparł po chwili.
-Jak widać, pozory mylą.-odpowiedziałam natychmiast. Chłopak przyjrzał mi się dokładniej, tak samo jak jak jego brat.
-A dlaczego akurat breakdance?
Zastanowiłam się chwilę.
-Bo lubię freestyle, lubię być indywidualna i inna niż wszystkie dziewczyny.-odparłam po chwili namysłu.

___________________________________
Jak wam się podoba? Zdążyłyście się mniej więcej połapać o co chodzi? Skomentujcie, bardzo Was proszę, to naprawdę pomaga przy pisaniu następnych rozdziałów, jeśli takowe się jeszcze pojawią. Tutaj macie zdjęcia postaci.


Katie: KLIK
Ethan: KLIK
Justin: KLIK
Tagi: 1
04.02.2013 o godz. 22:46
Cześć. Dziewczyny, chciałam wam powiedzieć, że zaczynam nowe opowiadanie. W ogóle nie mam weny, a wam chyba też się nie podoba, bo wcale nie komentujecie... :cc
Dziś lub jutro pojawi się pierwszy rozdział, skomentujcie, proszę.
PS. Chcecie to jeszcze w ogóle to czytać?
Tagi: od autorki
04.02.2013 o godz. 12:17
MATTHEW
Oślepiające światła skierowały się z powrotem na scenę, gdzie blondynka z wyjątkowo mocnym makijażem, ubrana w czarną, krótką sukienkę bez ramiączek, właśnie kończyła utwór. Podeszła do mikrofonu i starając się przekrzyczeć wiwaty publiczności z uśmiechem powiedziała:
-A tę piosenkę dedykuję chłopakowi, dzięki któremu moje życie z dnia na dzień nabiera więcej kolorów. Kocham cię Matty!-to powiedziawszy zaczęła znowu śpiewać. Jej falowane włosy wirowały razem z jej ciałem, podsycanym coraz to głośniejszymi oklaskami. Po dwóch czy trzech piosenkach, dziewczyna ukłoniła się i z uśmiechem przepełnionym satysfakcją, z gracją opuściła scenę. Przepchałem się pod tłum i podszedłem do schodów, na których stała i rozglądała się. Wyciągnąłem do niej dłoń, a ona chwyciła ja i podeszła do mnie.
-Jak ci się podobało?-spytała, a jej twarz cała promieniała. To właśnie było cudowne, że kochała to, co robi.
-Bardzo.-odparłem, a jej twarz rozpromieniła się jeszcze bardziej, o ile to możliwe. Jednym ruchem ręki przyciągnąłem ją do siebie i delikatnie musnąłem jej wargi.-Zbieramy się?
Dziewczyna przekrzywiła głowę.
-Po co? Kapele będą grać do białego rana, zostańmy!-powiedziała i nie czekając na moją reakcję ruszyła w stronę baru. Westchnąłem głośno i podążyłem za nią. Oparła się jedną ręką o blat i powiedziała do kelnera:
-Dwa razy tequila sunrise.
Mężczyzna posłusznie skinął głową i zajął się robieniem drinka.

LAUREN
Spojrzałam na posępną minę Matta.
-Ja dziękuję.-odparł po chwili.
-No przestań, od jednego nic ci nie będzie.-położyłam mu dłoń na ramieniu, uśmiechając się do niego. Po chwili wręczyłam mu szklankę z drinkiem. Obserwowałam Matty'ego, który ze wstrętem pił pierwsze łyki, ale końcówka była już coraz lepsza. Wtedy w drzwiach zauważyłam znajomą mi sylwetkę. Pomachałam w kierunku chłopaka, przełykając tequilę.
-Justin!-krzyknęłam, na co chłopak spojrzał na nas i uśmiechnął się. Odwzajemniłam uśmiech. Wysoki szatyn ubrany w granatową marynarkę i czarne rurki, ruszył w naszym kierunku. Ale nie był sam. Za rękę trzymał jakąś brunetkę i ciągnął ją w naszą stronę. Zmierzyłam ich badawczym wzrokiem.
-Cześć.-szatyn przywitał się uściskiem dłoni z Mattem i uśmiechem ze mną.-To jest Jessica... przyjaciółka.-uśmiechnął się niepewnie.
-Miło mi was poznać.-odparła przesłodkim głosem dziewczyna, ubrana w czarne szpilki, czarne rajstopy i dość krótką, opiętą na jej zgrabnym ciele sukienkę w kolorze fuksji. Miała rozpuszczone, proste włosy i subtelny makijaż, była ładna. Oboje z Matthew uśmiechnęliśmy się. Chwilę potem zajęliśmy stolik, przy którym stały dwie, skórzane, czerwone kanapy. Było tu miejsca na około 10 osób. Chwilę potem zamówiliśmy po kolejce Sex in the forest. Było bardzo miło, rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Justin nie pił, bo obiecał odwieść nas wszystkich do domów. Chwilę potem dołączyło do nas trzech kolegów z klasy Matta-Jake, Eric i James. Postawili nam jeszcze po kolejce czystej, wbrew moim protestom, Matty skorzystał.
-Matty, proszę cię, nie pij już.-odparłam, kładąc mu rękę na kolanie.
Jego koledzy wybuchli śmiechem.
-Laska ci odmierza ile powinieneś pić?!-spytał drwiąco, na co Matthew sięgnął po kieliszek i wypił go na raz. Spojrzałam na niego załamanym wzrokiem i bez słowa sięgnęłam po swój. Wypiłam go i wstałam.
-Sory, idę do łazienki.-odparłam.
Jessica, dziewczyna Justina, również podniosła się od stołu i oświadczyła, że pójdzie ze mną.
-Nie, poradzę sobie sama.-odparłam niezbyt miło i odeszłam.

Oparłam się na blacie i spojrzałam na swoje odbicie. Oczy już nieźle mi się świeciły, ale postanowiłam, ze nie napiję się więcej, bo na razie czułam się dobrze, szkoda byłoby to zepsuć. Wszystko zaczęło mi się wymykać spod kontroli. Mam na myśli Matty'ego i jego kolegów. Nienawidzę takich sytuacji, kiedy tak naprawdę jestem bezradna. Chciałabym teraz chlustnąć sobie w twarz lodowatą wodą, żeby się jakoś otrząsnąć, ale nie mogła. Makijaż, sami rozumiecie. Westchnęłam do swojego odbicia i wyszłam z łazienki. Gdy wróciłam z powrotem do sali, z daleka ujrzałam nasz stolik. Matthew popijał właśnie kolejną tequilę. Przyspieszyłam kroku.
-Hej, zwolnij!-krzyknęłam wyrywając mu kieliszek z dłoni. Jego koledzy ponownie wybuchli śmiechem. Matt wstał i spojrzał mi w oczy. Nie był już sobą, widziałam to po nim.
-Oddawaj.-warknął przez zęby.
-Matty, proszę, nie rób mi tego.-wyszeptałam i położyłam mu drugą dłoń na twarzy, patrząc mu błagalnie w oczy. Chłopak skorzystał z mojej chwilowej nieuwagi i wyrwał mi kieliszek z dłoni. Usiadł ponownie. Zamurowało mnie. Stałam nad nimi, totalnie załamana. Widziałam, że siedzący obok Matta Justin i Jessica przyglądali mi się. Szybkim gestem uniosłam jeden z około trzydziestu kieliszków stojących na tacy i wlałam go sobie do ust.
-Wychodzę.-oznajmiłam mojemu chłopakowi, na co on wcale nie zareagował i ruszyłam w stronę drzwi. Po chwili Justin i Jessica dogonili mnie.
-Odwiozę cię, Jessica też już chce wracać.-powiedział spokojnym tonem. Skinęłam głową. Byłam wściekła. Od wewnątrz aż się we mnie gotowało. Miałam ochotę wybuchnąć płaczem, tu i teraz, ale nie mogłam sobie na to pozwolić.

-Pa, Justin.-powiedziała Jessica, opuszczając auto i tym samym zupełnie mnie ignorując. Spojrzałam na chłopaka siedzącego obok mnie. Tak bardzo przypominał brata.
-Gdzie teraz?-spytał, a ja powiedziałam mu dokładny adres domu ciotek. Było już bardzo ciemno, latarnie ledwo oświetlały zupełnie puste drogi. Co jakiś czas na niebie ukazywała się błyskawica, a chwilę później głośny grzmot. Zbierało się na burzę. Zaparkowaliśmy na podjeździe przed małym, skromnym domkiem.
-Dziękuję.-odparłam smutnym, zmęczonym tonem i opuściłam auto.
Wysiadłam z samochodu, jednak ten nie odjechał. Pociągnęłam za klamkę od drzwi domu, ale było zamknięte. Wtedy zorientowałam się, że torbę z kluczami i telefonem zostawiłam w klubie. W domu nie paliło się żadne światło, był pusty.
-No świetnie!-krzyknęłam sama do siebie, odwracając się plecami do drzwi. Podeszłam do auta, stojącego nadal na podjeździe i oznajmiłam szatynowi, który właśnie uchylił okno:
-Nie mam kluczy.
Chłopak zastanowił się chwilę i polecił mi, abym wsiadła do środka. Spytałam go co ma zamiar zrobić, ale ten odpalił silnik.
-W domu jest moja matka, więc cię tam nie zabiorę. Zawiozę cię do hotelu i tam przenocujesz. Rano przyjadę po ciebie i zawiozę cię do pracy.-oznajmił tonem zupełnie oczywistym, bacznie przyglądając się drodze.
-Nie mam kasy.-odparłam zrezygnowana.
-Ale ja mam.-odparł, uśmiechając się do mnie delikatnie.

Zaczęło już nieźle lać zanim dojechaliśmy na miejsce. Szatyn zaparkował tuż pod samymi drzwiami wysokiego, dwunastopiętrowego hotelu, abyśmy jak najmniej zmokli. W recepcji zamówił jednoosobowy pokój.
-Odprowadzić cię?-spytał.
Bacznie go obserwowałam.
-Możesz.-odpowiedziałam bez emocji.
Chłopak podążył z kluczem na górę, a ja za nim. Szliśmy zupełnie bez słowa. Chociaż byłam już bardzo zmęczona, a mózg zaczynał mi szwankować po alkoholu, starałam się nie dać tego po sobie poznać. Chłopak otworzył drzwi i w tym momencie naszym oczom ukazał si mały, ale bardzo ładnie przystrojony pokoik. Na środku stało łóżko, a pod ścianą nieduża kanapa i telewizor, obok którego znajdował się stolik.
-Chcesz wejść?-spytałam tylko i wyłącznie z grzeczności, bo nie ukrywam, ze chciałam być w tym momencie sama. Wbrew moim oczekiwaniom, chciał. Rzuciłam kluczyki na stolik i rzuciłam się na kanapę. Zdjęłam buty i podkurczyłam nogi. Justin usiadł obok mnie.
-Jak się czujesz? Sporo wypiłaś.-powiedział troskliwie, obserwując mnie.
Zamknęłam oczy. Nie odpowiedziałam. Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, kiedy potężny grzmot rozbrzmiał w całym mieście. Była niezła burza.
-Dlaczego to dla mnie robisz?-spytałam po chwili uchylając oczy. Przycisnęłam mocniej kolana do piersi.
-Ale co?-spytał, patrząc mi w oczy. Nie wiem czemu, ale unikałam jego wzroku.
-Nie udawaj, że nie wiesz.-odparłam krótko, niekoniecznie miło.
Chłopak zastanowił się chwilę i wzruszył ramionami.
-Bo wydajesz się być miłą osobą...-nie skończył, bo mu przerwałam.
-Twoja dziewczyna również.-przerwałam natychmiast, sama nie wiem czemu.
Zaśmiał się krótko.
-Jessica... nie jest moją dziewczyną.-odparł po chwili, łagodnym tonem.-to tylko koleżanka.
Zrobiłam się bardzo senna. Moja głowa jakby samowolnie oparła się na jego ramieniu.

JUSTIN
Zrobiło mi się jakoś cieplej. Poczułem, że blondynka wtula się we mnie i prawdopodobnie zasypia. Schyliłem głowę, aby spojrzeć na jej oczy, a wtedy ona gwałtownie uniosła głowę. Szeroko otwartymi oczami patrzyła w moje. Nasze twarzy dzieliły centymetry, może milimetry. W pewnym momencie nasze twarze... tak po prostu się złączyły. Dziewczyna splotła polce na mojej szyi, a ja obiema dłońmi trzymałem ją w tali. Siedziałem na łóżku z dziewczyną mojego brata i... całowałem się z nią. Nie mogłem oderwać ust, bo jej pocałunek był taki delikatny, romantyczny, to dla mnie coś zupełnie nowego. Wiedziałem, że to złe, jednak nie potrafiłem przestać.


Tagi: 7
29.01.2013 o godz. 14:08
-A co myślisz o tej?-spytałam rozsuwając jedną ręką masywną, szarą zasłonę, po czym wyszłam przed przymierzalnie i dokładniej obejrzałam się w lustrze, wiszącym za plecami Matta. Spojrzałam na mojego chłopaka, który ze znudzoną miną bawił się swoim iPhonem.
-Matty!-skarciłam go, po czym zmierzyłam piorunującym wzrokiem.-Uwierz mi, że też nie mam ochoty tu siedzieć i mierzyć te wszystkie szmaty, ale muszę coś wybrać, ten koncert jest dla mnie ważny, i serio byłoby mi o wiele łatwiej gdybyś łaskawie mi pomógł.
Szatyn opuścił telefon sprzed oczu, po czym spojrzał na mnie ziewając i oparł głowę na dłoni.
-Za krótka.-skwitował szybko, mierząc mnie wzrokiem.
-A mi się właśnie podoba.-odparłam trochę na przekór, chociaż liczyłam, że jego reakcja będzie inna i wybór sukienki będę miała za sobą. Dzisiaj w klubie All jest koncert charytatywny, będziemy zbierać pieniądze na pobliskie domy samotnych matek.
Matty podniósł się z fotela i podszedł do mnie.
-No przestań, widać ci majtki.-odpowiedział surowo, marszcząc przy tym brwi.
Uśmiechnęłam się delikatnie, zbliżając swoją twarz do jego.
-No to co?-odpowiedziałam trochę prowokująco.-Nie podoba ci się?-zachichotałam.
Chłopak uśmiechnął się szeroko, po czym złapał mnie w talii i delikatnie wepchnął do środka przebieralni. Lekko uderzyłam plecami w lustro wiszące w środku. Następnie wbił swoje palce w moje pośladki, całując mnie namiętnie. Chcąc czy nie chcąc, oderwałam się od niego, wypychając go jedną dłonią.
-Nie tutaj.-zaśmiałam się, po czym szarpnęłam zasłonę, zostawiając go przed nią.


-Nie wiem, mam tego chodzenia dosyć.-odparłam zmęczonym głosem, po czym skręciłam trochę i usiadłam na ławce przy fontannie. Chwilę później Matthew zajął miejsce obok mnie.
-Potrzymaj.-powiedziałam głosem nie wykazującym żadnych emocji i wręczyłam mu papierowy kubek kawy. Następnie zdjęłam jedną z baletek, które miałam na stopach i rozmasowałam piętę, nad którą pojawił się ogromny, czerwony pęcherz.-Auć-syknęłam-Nigdy więcej gównianych baletek.-odparłam zdenerwowanym na samą siebie tonem, że w taki upał odstąpiłam od glanów.
-Pomasować?-spytał Matthew uśmiechając się.
-Nie, dziękuję.-odparłam już milej, nasuwając buta na stopę, po czym wzięłam od niego kawę i delikatnie cmoknęłam jego wargi pachnące late.-Nie trzeba.-uśmiechnęłam się nadal trzymając twarz blisko jego twarzy i patrząc na jego usta. Matty złapał mnie za rękę i opuściliśmy galerię, po czym wsiedliśmy do autobusu miejskiego. Było trochę tłoczno, jednakże znalazłam miejsce do siedzenia. Matthew trzymał drążek nad moją głową starając się nie przewrócić pod wpływem drgania autokaru.
-Są twoi rodzice w domu?-spytałam.
Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.
-Nie, będziemy zupełnie sami...
Zaśmiałam się.
-Przestań, nie o to mi chodzi.-odparłam natychmiast, wiedząc, że słyszy to około 30 osób będących w autobusie. Chłopak również zaczął się śmiać, po czym wyszeptał bezgłośne "oczywiście".


Szatyn otworzył drzwi, po czym rzucił klucze na komodę. Przeszliśmy do salonu, gdzie na środku stała dość duża kanapa z beżowej skóry. Energicznym ruchem zrzuciłam buty z obolałych stóp i wskoczyłam na nią podkurczając nogi. Następnie chwyciłam pilot leżący spokojnie na stoliku obok i włączyłam telewizor. Chwilę potem miejsce obok zajął Matty, który delikatnie wyrwał pilot z mojej ręki i wyłączył telewizor. Spojrzałam na niego wzrokiem, mówiącym "o co kaman?". Chłopak zabawnie poruszył brwiami.
-Czy teraz jest odpowiednie miejsce i pora?-spytał ze śmiechem, przybliżając twarz do mojej.
-Mhm-wyszeptałam, uśmiechając się.
Chłopak zaczął całować mnie namiętnie. Chwilę potem położył się na mnie i zaczął całować moją szyję i dekolt. Niechcący zsunęłam mu kaptur z głowy, przyciskając go bliżej siebie. Szatyn ponownie zaczął całować moje usta, tym razem bardziej pożądająco i zachłannie. W tym momencie usłyszeliśmy głośne, wymowne chrząknięcie. Matthew momentalnie oderwał się ode mnie i usiadł na swoim poprzednim miejscu. Zaczęłam się śmiać, Matty nerwowo poprawił kaptur.
-Nie chcę wam przeszkadzać, ale domyślam się, że byliście zbyt zajęci, żeby zauważyć, że rodzice wrócili, właśnie parkują samochód.-powiedział jakby zażenowany całą tą sytuacją.
-To ja lecę. Pa kochanie.-pocałowałam szatyna siedzącego obok mnie, po czym wstałam i założyłam buty leżące obok łóżka.-Do widzenia, Justin.-zwróciłam się w stronę chłopaka, mierzwiąc delikatnie dłonią jego włosy, na co ten uśmiechnął się. W tym momencie drzwi otworzyły się, a na przeciwko mnie w korytarzu stanęła matka Matty'ego i Justina, z miną jakby patrzyła na rozdeptaną na dywanie kupę.
-Dzień dobry, pani Bieber.-uśmiechnęłam się promiennie, zupełnie na pokaz.-Proszę się nie martwić, właśnie wychodzę.-dodałam równie słodkim głosem, po czym minęłam ją i zeszłam schodami do ogrodu, gdzie ojciec Matta wypakowywał zakupy z bagażnika.
-Do zobaczenia.-odparłam uroczym tonem.

_____________________________
Dziewczyny! Przepraszam za taki krótki rozdział, ale chcę po prostu zobaczyć, czy ktoś z was jeszcze przy mnie został. Wybaczcie długą nieobecność. POWRACAM! :)
5 kom=NN. :*
Tagi: 6
21.01.2013 o godz. 19:32

ZAWIESZAM.
21.11.2012 o godz. 20:22
LAUREN.
Dzisiejszy poranek spędziłam sama. Gdy otworzyłam oczy, nie przywitał mnie widok szczęśliwego Matthew z ogromnym bukietem tulipanów w dłoniach ani zakupami. Przekręciłam głowę i spojrzałam na kwiaty stojące na etażerce obok mojego łóżka. Westchnęłam cicho. Przydałoby się im dolać wody, ale ja przecież nie mogę wstać... Wczoraj ja i Matty... popsztykaliśmy się trochę, w sumie nie wiem o co poszło. Chyba był trochę zazdrosny o swojego brata, Justina, ale zupełnie niepotrzebnie. Owszem, polubiłam go i to wszystko. Przecież to był jeszcze dzieciak, który dopiero co kończył gimnazjum... O ile dobrze obliczyłam, a wydaje mi się, że raczej tak, to miał teraz 16 lat. Ja miałam 18, musiałam wybrać kierunek studiów i w miarę się ustatkować. Jak na razie w wizjach mojej przyszłości nigdy nie braknie Matty'ego, mam nadzieję, że on ma podobnie. Dlatego było mi przykro, że ma tak małe zaufanie do mnie, powiedziałam trochę za dużo i Matty wyniósł się do domu. Ale nie, nie było mi smutno. Wiedziałam, żę prędzej czy później Matty zmięknie i przeprosi, jak zawsze. Właśnie za to go kocham. Przeczesałam rozpuszczone włosy palcami. W tym momencie usłyszałam ciche, nieśmiałe pukanie do drzwi. Jednak Matty wymiękł. Poprawiłam szybko włosy, starając się je jakoś ułożyć, po omacku.
-Można?-rozległ się głos zza drzwi.
-Tak, proszę.-odparłam, siląc się na obojętny ton.
Drzwi otworzyły się szerzej, a do sali wszedł szatyn ubrany w czerwono-czarną koszulę w kratkę i czarne spodnie. Jego delikatnie, nie przesadnie umięśniony tors, prezentował się wspaniale.
-Cześć.-powiedział wesoło chłopak, stając nade mną.
-Justin?-spytałam trochę zdziwiona.-Cześć, miło, że wpadłeś.
Zamrugałam z niedowierzaniem. Matthew chyba pobije swój rekord, no, no...
-Zauważyłem, że Matt dzisiaj siedzi w domu, więc pomyślałem, że będziesz się nudzić. Więc wziąłem ze swojego pokoju kilka filmów... przyszedłem tylko ci je dać i zaraz spadam.-powiedział nieśmiało, patrząc na coś, co trzymał w dłoniach.
-Nie, zostań.-powiedziałam natychmiastowo, jakby mi się to wymsknęło. Chłopak uśmiechnął się delikatnie. Nie chciałam być nieuprzejma, a to miło z jego strony.-Co tam masz?-podniosłam się z poduszki trochę wyżej, wyglądając na płyty, które trzymał w dłoniach.
-Kilka moich ulubionych horrorów, większość to klasyka. Oglądałem je po kilka razy...-uśmiechnął się delikatnie, patrząc na swoje dłonie. Uniósł głowę i dodał.-Koszmar z ulicy Wiązów, Teksańska masakra piłą mechaniczną, Rec... chyba część pierwsza i Martys.

JUSTIN.
Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, a w jej oczach jakby coś błysnęło. Przechyliła głowę w bok i wygładziła kołdrę, na swoich nogach.
-Lubisz horrory?-spytała po chwili.
-Uwielbiam, a te to moje ulubione.-odparłem, wręczając jej stertę płyt. Zaczęła je przeglądać.
-Szczerze mówiąc wszystkie oglądałam po kilka razy, bo to jedne z moich ulubionych, ale chętnie obejrzę je jeszcze raz. Dzięki, Jusy.-powiedziała spoglądając na mnie.
-Moim numerem jeden zawsze będzie Martys. Ostro działa na psychę, dobra francuska produkcja.-dodałem, siadając na krześle stojącym przy oknie, dalej jej łóżka.
-Naprawdę?-spytała jakby z nadzieją.
Pokiwałem głową.
-To też mój ulubiony horror, mam o nim takie samo zdanie.-uśmiechnęła się.-Matty nie lubi takich horrorów, on woli oglądać rzeź krwi, ja wolę coś, po czym nie mogę spać całą noc, bo boli mnie brzuch ze strachu... Jeszcze mogę polecić ci Oko. Też dobry horror. Dziewczyna jest niewidoma, przeszczepiają jej spojówkę i zaczyna widzieć umierających ludzi jeszcze przed ich śmiercią. Genialne.
-Oglądałem.-uśmiechnąłem się. Kiedy tylko powiedziała tytuł już wiedziałem o co chodzi. Ale nie chciałem jej przerywać, to niegrzeczne, a poza tym, mówiła o tym z taką fascynacją.
Przez chwilę w milczeniu patrzeliśmy na siebie, aż w końcu do pokoju weszła pielęgniarka, ubrana w biały uniform. Spojrzała na mnie z ukosa.
-Dzień dobry.-powiedziała, zamykając za sobą drzwi. Podeszła do łóżka Lauren i zdjęła z niej kartę, wyjęła z kieszeni tuniki długopis i podpisała się.-Jak samopoczucie?
-Doskonale.-odparła natychmiast blondynka, uśmiechając się promiennie do pielęgniarki.
-To szybciutko zmierzymy temperaturę i będę lecieć.-powiedziawszy to wycelowała jej w czoło automatycznym termometrem. Po krótkim dźwięku wydanym przez urządzenie, oświadczyła, że temperatura w normie. Następnie podeszła do okna i odsłoniła szare rolety, wpuszczając do ciemnego pokoju trochę światła.-Dzisiaj taka ładna pogoda... Weź swojego chłoptasia i wyjdźcie na parkan na spacer. Zaczerpnij trochę świeżego powietrza, bo zapyziejesz.-poleciła troskliwym głosem i podeszła do drzwi. Już wychodziła, ale zawróciła jeszcze i zgasiła światło.-Oszczędzamy prąd.-oświadczyła i wyszła.
Zaśmiałem się.
-Chodź chłoptasiu, pomóż mi wstać, bo zapyzieję.-zaśmiała się, po czym wyciągnęła rękę w moją stronę. Podniosłem się z krzesła i chwyciłem jej dłoń, delikatnie podciągając ją do góry. Usiadła prosto, nadal okrywając się kołdrą.-A teraz, jakbym mogła cię prosić, żebyś na chwilę wyszedł, bo chciałabym się przebrać z tej szpitalnej szmatki.-uśmiechnęła się wymownie.
-Jasne.-odparłem natychmiast, wychodząc z pokoju.
Stanąłem pod drzwiami, oczywiście zamykając je za sobą, aż po kilku minutach otworzyły się, a z nich wyszła dziewczyna. Miała na sobie ciemne, obcisłe spodnie i szarą bluzkę, na którą zarzucona była druga, cała podarta, czarna bluzka. Jej makijaż jakby trochę pociemniał, a włosy były w większym ładzie.
-Gotowa.-oznajmiła z uśmiechem, rozglądając się.-Wiesz gdzie jest ten cały parkan?
Pokręciłem głową. Dziewczyna momentalnie podeszła do recepcjonistki, ja zostałem na swoim miejscu. Po chwili wróciła i oznajmiła:
-Tędy.-po czym ruszyła do głównego wyjścia, a ja podążyłem za nią.

LAUREN.
Coraz bardziej lubiłam tego dzieciaka. Był bardzo miły, opiekuńczy, miał dobry gust filmowy... Pozazdrościć jego dziewczynie. Czuję, że możemy nawet się zaprzyjaźnić, w zasadzie to jesteśmy na dobrej drodze. Justin przyspieszył i wyrównał kroku, dostosowując go do mojego tempa. Szliśmy ramię w ramię. Wyszliśmy przez automatyczne drzwi na zewnątrz szpitala. Każde z nas patrzyło prosto przed siebie. Skręciliśmy w lewą, idąc tuż przy ścianie budynku, do parkanu, który już w oddali było trochę widać. Spacerowało po nim wiele osób. Większość z nich szła o kulach, na wózku lub na specjalnym rowerku do ćwiczeń kręgosłupa. Gdy zbliżaliśmy się celu, powoli wchodząc na trawnik, w pewnym momencie nasze dłonie otarły się o siebie. Speszona, spojrzałam na niego, on również obrócił głowę, lekko zawstydzony. Oboje w tym samym czasie powiedzieliśmy, równie zdezorientowani:
-Przepraszam.-po czym oboje przesłaliśmy sobie promienny uśmiech, pełen zażenowania.
Teraz przyznam, że poczułam się dziwnie. Może nie tyle co dziwnie, co skrępowanie. Gdy moja dłoń dotknęła jego dłoni... nie wiem, poczułam delikatny dreszcz? Taki dreszcz, jaki poczułam, gdy pierwszy raz całowałam się z Mattym. Którego teraz tu nie było, a powinien być. W tym momencie poczułam złość. Zbyt dużo czasu minęło, a jego wciąż nie było. Wiedział, że Justin wychodzi z domu i na pewno domyślał się, że idzie do mnie. Ale pomimo to nie zrobił nic, jego strata.
Gdy doszliśmy do parkanu, Justin wskazał dłonią jakąś ławkę pomiędzy drzewami. Podążyliśmy bez słowa i usiedliśmy na niej, w bezpiecznej odległości od siebie, na skrajnych kawałkach drewnianych desek. Uniosłam głowę ku niebu i zamknęłam oczy. Wokół panowała taka piękna cisza, przerywana co jakiś czas szeptami pacjentów, ledwo słyszalnymi. Lekki wiatr poruszał moimi włosami nosząc je na moją twarz i z powrotem. Nie było słońca, ale nie było też zimno, gdyż dawno nie padało i powietrze było dość suche. Odgarnęłam dłonią włosy z twarzy, przenosząc wzrok na Justina, obserwującego ludzi.
-Fajnie, co?-powiedziałam rozmarzonym głosem. Chłopak obrócił się, spojrzał na mnie i pokiwał lekko głową.
Przeniosłam wzrok na swoje dłonie, przekręcając na palcu duży, czarny pierścionek-krzyż. Chłopak spojrzał na moje ręce.
-Fajne pierścionki.-zaśmiał się.
-Dzięki.-odparłam, zerkając na niego.
To dziwne, bo z tego co mówił Matty, Justin nie lubił takich klimatów, a moje pierścionki miały kształt krzyżów, trupich czaszek, węży i tym podobnych. No chyba, że to był sarkazm.
-Ten najładniejszy.-oświadczył cicho, przysuwając się do mnie delikatnie. Wziął moją dłoń do swojej ręki i obrócił na moim palcu najmniejszy z moich pierścionków, złoty z małym, zielonym kamieniem. Sytuacja wydała mi się trochę dziwna, bo wyglądało to, jakbyśmy trzymali się za ręce. Gwałtownie zabrałam dłoń z jego uścisku. Przeraziłam się, bo znowu poczułam dreszcz przeszywający moje ciało. Może to jakieś otrzeżenia? A może jestem medium?
-Ten dostałam od taty. Kiedyś wręczył go mojej mamie, z okazji rocznicy ich ślubu, miała go podczas porodu, kiedy zmarła. Potem, po przeczytaniu testamentu, został on przekazany mojej opiekunce w sierocińcu, która dała mi go na moje ósme urodziny, opowiadając mi tę historię. Nie byliśmy zbyt bogaci, wynajmowaliśmy małe mieszkanie, z tego co mi wiadomo. To była jedyna wartościowa rzecz, która została mi przepisana.-uśmiechnęłam się lekko, bawiąc się pierścionkiem. Nie wiem, dlaczego mu to powiedziałam. Chyba po prostu czułam, że mogę mu zaufać.

__________________________________
Dziewczyny, przepraszam, że tak długo zwlekałam z dodaniem nowego postu, ale bloblo coś nawala. No cóż. Z tego miejsca chciałabym zaprosić was również ma bloga, którego prowadzę z BrandNewLife. Ostatnio trochę go zaniedbałyśmy, ale wkrótce pojawi się nowy wpis, wbijajcie. :*
PS. Obserwujących zamiast przybywać... ubywa. No cóż, moja wina. I tak was kocham. :*
9 kom=NN. :*
Tagi: 4
14.11.2012 o godz. 21:45

LAUREN
Matko, co za porażka. Mogliby tu powiesić jakieś większe lustro, bo przy takim małym gównie po drugiej stronie łóżka, to ja sobie na pewno porządnej kreski na powiece nie namaluje. Co prawda, pielęgniarki nie pozwalają mi się malować, ale jak już wspominałam... bez makijażu moje życie nie ma sensu. Westchnęłam i zrezygnowana odłożyłam kredkę do szuflady. W tym momencie białe drzwi otworzyły się, a do pokoju wszedł szatyn, w kapturze na głowie, szarej bluzie i czarnych rurkach. Jego twarz zasłaniał ogromny bukiet czerwonych tulipanów. Po chwili odsłonił twarz i zaśmiał się.
-Hej, piękna.-nachylił się do mojego łóżka i delikatnie musnął moje usta.
-Matty.-westchnęłam cicho.-Nie musiałeś.
-Dobrze pamiętałem, że tulipany to twoje ulubione kwiaty?-szatyn zupełnie zignorował moje wyznania, krzątając się po pokoju. Nalał wody do dzbanka i postawił na etażerce obok mojego łóżka. Uśmiechnął się zadowolony z efektu, po czym wziął krzesełko za oparcie, postawił obok mojego łóżka i usiadł.
-Dobrze pamiętałeś.-odparłam, gdy już przestał się kręcić.-Nie wiem, jak ci się odwdzięczę.
-Wystarczy, że jesteś.-odpowiedział, chwytając moją dłoń.
Uśmiechnęłam się delikatnie. Cieszyłam się, że jest ktoś, dla kogo jestem całym światem. Ścisnęłam mocniej jego dłoń, przygryzając wargę.
-Jak się czujesz?-spytał po chwili, bacznie mi się przyglądając.
-Dobrze. Pielęgniarka powiedziała, że prawdopodobnie to nic groźnego i za dwa, trzy dni mnie wypiszą. Ale i tak będę musiała leżeć w łóżku, więc z koncertu nici.-uśmiechnęłam się smutno.
-A właśnie.-dodał chłopak, jakby sobie o czymś przypomniał.-Dzisiaj gadałem z twoim szefem. Nie był zbytnio zadowolony, z tego, że nie wystąpisz, po publika cię pokochała, ale na szczęście zdążyliście podpisać już kontrakt, więc potraktuje to jako zwolnienie lekarskie. Więc nie wyleje cię.
-Boże, naprawdę?-krzyknęłam podekscytowana.
Matt wesoło pokiwał głową. Podniosłam się i rzuciłam się mu na szyję. Pocałowałam go namiętnie, zsuwając mu jednocześnie kaptur z głowy.
-Dziękuję.-wyszeptałam, nadal nie wypuszczając go z uścisku.

JUSTIN.
Szedłem już w miarę dobrze znanym mi korytarzem. Gdy stanąłem przed jej drzwiami, spojrzałem nerwowo na swoje dłonie. Trzęsły się niezależnie od mojej woli. Wziąłem głęboki oddech, po czym niepewnie nacisnąłem na klamkę. To, co tam zastałem, trochę mnie zawstydziło. Mój brat wypięty do mnie, całował się z Lauren. Kiedy tylko usłyszeli skrzyp otwierających się drzwi, gwałtownie oderwali się od siebie.
-Co ty tutaj robisz?-spytał mój brat, stając naprzeciwko mnie.
-Też się cieszę, że cię widzę, bro.-odparłem z uśmiechem, po czym wyminąłem go i udając nie skrępowanego, usiadłem obok łóżka Lauren, która zszokowana tą sytuacją, bez słowa przyglądała się mi.
-Czeeeść.-powiedziała dziwnie spokojnym głosem.-Po co przyszedłeś?
-Myślałem, że będziesz się nudzić, a skoro to przeze mnie tu leżysz, to postanowiłem się do czegoś przydać.-uśmiechnąłem się promiennie, rozsiadając się w fotelu.
-A nie powinieneś być przypadkiem w szkole?-spytał Matthew, podchodząc i patrząc na mnie z góry.
-A wiesz, mógłbym spytać o to samo.-powiedziałem z przekąsem, zerkając w jego stronę, po czym przeniosłem ponownie wzrok na Lauren.-Potrzebujesz czegoś?
-Tak, chwili spokoju. Moglibyście ustalić sobie wszystko między sobą z daleka od mojego pokoju. Byłabym wdzięczna.-powiedziała z ironicznym uśmiechem i udawanym miłym tonem.
Matthew skinął posłusznie głową, po czym wyciągnął dłoń w moją stronę. Spojrzałem na niego pytająco.
-Chodź, ona potrzebuje teraz spokoju.-odparł krótko. Chwyciłem jego dłoń, podnosząc się z niskiego krzesła, po czym opuściliśmy salę. Gdy tylko zamknęliśmy drzwi od pokoju Lauren, Matthew od razu wyskoczył z pyskiem:
-Po co tu przylazłeś?! Ona cię tu nie potrzebuje, rozumiesz? Ma odpoczywać, a nie martwić się tobą.-powiedział z wyrzutem.
-Uspokój się. Mam prawo tu przychodzić, ile będę chciał. Poza tym, dzisiaj obiecałeś mamie jechać z nią do dziadków, a chyba nie chcesz zostawić tu twojej dziewczyny zupełnie samej, żeby się zanudziła na śmierć, co?-spytałem ironicznie.
Matthew zrobił wściekłą minę.
-Zgoda, ale tylko jeśli ona się zgodzi.-powiedziawszy to, uchylił drzwi i wszedł. Podążyłem za nim.
-Lauren, obiecałem dziś mamie jechać z nią na wieś, odwiedzić dziadków. Co ty na to, żeby Justin posiedział tutaj z tobą pod moją nieobecność?-uśmiechnął się.
-Nie musicie mnie pilnować, naprawdę. Nie planuję ucieczki ani skoku z okna, więc spokojnie mogę posiedzieć chwilę sama.-odparła dziewczyna lekko zdezorientowana.
-Jednak nalegam.-odparłem z uśmiechem.
-W porządku, jak chcesz.-powiedziała niezbyt miło, wzruszając ramionami.
-Cieszę się. To ja już będę się zbierać. Pa, kochanie.-nachylił się do niej i pocałował ją. Poczułem się trochę skrępowany, więc odwróciłem lekko głowę.
-Pa.-powiedziała dziewczyna bardzo miłym głosem, uśmiechając się delikatnie.
Matthew opuścił pokój, zamykając za sobą drzwi.

LAUREN.
Co za dziwak... Po co on tu przyszedł?! Nie mam zamiaru udawać, że wszystko okej, że się nie gniewam i w ogóle.
-Nie musisz tu ze mną siedzieć, poradzę sobie.-westchnęłam, niby miło.
-Ale chcę.-powiedział poważnie.-Słuchaj, Lauren... Ja wiem, że to niezbyt miła sytuacja, ale ja naprawdę nie chciałem. Przecież nie potrąciłem cię specjalnie. Przepraszam, bo to jest jedyne, co mogę teraz zrobić.
W sumie miał rację. Zachowuję się dziecinnie, obrażając się na niego. Boże, jaka ja jestem głupia, teraz jeszcze to ja muszę przeprosić...
-Masz rację, to nie twoja wina. To ja przepraszam, że zachowywałam się tak żałośnie.-uśmiechnęłam się delikatnie.
Szatyn zaśmiał się.
-Super.-odwzajemnił uśmiech.
Swoją drogą... tak bardzo przypominał Matty'ego. Byli identyczni nie tylko z zachowania, ale i z wyglądu. No, może Justin był trochę mniej "zbuntowany".
-To co, potrzebujesz czegoś?-spytał z uśmiechem, opierając się o ścianę.
Pokręciłam głową.
-Chyba nie.
-W porządku... To po prostu będę zadręczał cię pytaniami dopóki nie zaśniesz.-powiedział wesoło chłopak, siadając przy moim łóżku.
Zaśmiałam się.
-Pytanie numer jeden: Jak się pani nazywa?-chłopak mówiąc to, udawał starego mężczyznę, zmieniając ton.
Zawahałam się, postanowiłam go nie wtajemniczać.
-Lauren Brooks.-odparłam ze śmiechem.
-Dobrze, a gdzie pani mieszka?
-A nie będziesz mnie odwiedzał?-zaśmiałam się.-Na Soft Road 113.-odpowiedziałam z uśmiechem, już poważniej.
-A jak nazywają się panienki rodzice?
Zrzedła mi mina. No, ale przecież nie zrobił tego specjalnie, skąd mógł wiedzieć.
-Moi rodzice nie żyją... mieszkam z ciotkami, które od dwóch dni nie pofatygowały się, żeby mnie odwiedzić.-uśmiechnęłam się smutno.
-Przepraszam, nie wiedziałem... Przykro mi.-odpowiedział Justin, zawstydzonym głosem.-To był głupi pomysł, skończmy tę grę.
-Nie, w porządku.-uśmiechnęłam się delikatnie, kiedy uświadomiłam sobie, że Justin przez przypadek stał się drugą osobą, która o tym wie.-To może mi poczytasz? Matthew wczoraj przyniósł kilka gazet, a ja nie miałam jakoś okazji ich wszystkich przeczytać.
-Okej, od czego mam zacząć?-spytał chłopak, przebierając w stercie czasopism, leżących obok niego, na etażerce.
-Od Vouge'a.-odpowiedziałam natychmiast.
-Okej.-znalazł wybraną przeze mnie gazetę, po czym otworzył na pierwszej stronie.-O Boże.
Zaśmiałam się.
-No śmiało, czytaj, czytaj. Chciałeś się na coś przydać...
-Jak poderwać chłopaka w siedem dni? Gwiazdy radzą... Naprawdę muszę?-chłopak zachichotał.
-No dobra, przejdź od razu do wywiadu z Marylinem Mansonem.-odparłam z uśmiechem.

*****


MATTHEW.
Gdy tylko zakończyliśmy rodzinny obiadek na wsi u dziadków, od razu pognałem z powrotem do szpitala. Nie to, że nie byłem pewny uczuć Hope do mnie, albo żebym bał się, że Justin ją w sobie rozkocha, nie ma mowy. Po prostu chciałem ją jak najszybciej zobaczyć. Wszedłem przez automatyczne drzwi do budynku, przywitałem się z recepcjonistką, po czym otworzyłem drzwi pokoju Lauren. Justin był nachylony nad Hope, a ich usta były niebezpiecznie blisko, oboje bardzo się śmiali, chyba mnie nie zauważyli.
-Jeszcze?-spytał ze śmiechem mój brat.
-Tak, zepsułeś to naprawiaj.-śmiała się Hope.
-Cześć.-otworzyłem szerzej drzwi i wszedłem do środka.-Nie przeszkadzam wam?
-O cześć, Matty.-powiedziała lekko skrępowana Lauren. Justin szybkim krokiem odsunął się od niej i z niemrawą miną usiadł na krześle.-Justin bawił się pilotem i przez przypadek... moje łóżko złożyło się w pół. Więc teraz próbował mnie jakoś otworzyć.-zaśmiała się lekko, spoglądając to na mnie, to na Justina.
-Aha, w porządku. Dzięki, stary za pełnienie dyżuru pod moją nieobecność. Już nie będziesz potrzebny, spadaj.-podszedłem do niego, poklepując go lekko w plecy, na znak, żeby wstał. Chłopak podniósł się i skierował się w stronę drzwi.
-Pa, Lauren.-odwrócił się i przesłał jej promienny uśmiech.
-Cześć.-odparła dziewczyna z wdzięcznym uśmiechem.
Zająłem miejsce obok jej łóżka, chwytając jej dłoń.
-To co, przeczytać ci ten wywiad z Mansonem? Sam chętnie się czegoś o nim dowiem...-zagadnąłem, sięgając po gazetę.
-Wiesz... Justin mi go już przeczytał.-powiedziała niepewnie.
-Mhm.-westchnąłem.-Widzę, że wszystko już sobie wyjaśniliście.-Dziewczyna kiwnęła głową.-Super.
Tagi: 4
11.11.2012 o godz. 20:26
Piosenka.



JUSTIN
Była już późna godzina, pewnie coś około trzeciej. Ulice były praktycznie puste, na chodniku nie było żywej duszy, z kolei na ulicy co jakiś czas przejeżdżał tylko jakiś samochód. Spojrzałem na swojego brata. Leżał rozłożony na fotelu i nie podnosił wzroku sponad swojego telefonu, który oświetlał jego twarz w ciemnym samochodzie. W tym momencie, kiedy mój wzrok przeniósł się z powrotem na ulicę, coś jakby mignęło mi przed oczami. Gwałtownie skręciłem. Usłyszeliśmy głuchy huk pochodzący z lewej strony maski samochodu. Potrąciłem kogoś...
-Co to było?!-Matthew gwałtownie podniósł się z fotela i zaczął rozglądać się nerwowo. Wyjrzał przez okno.-Co to było, Justin?!-wrzasnął ponownie.
Przerażony, otworzyłem drzwi. Powoli, bojąc się spojrzeć w dół. Gdy podszedłem do przedniego lewego koła zauważyłem dziewczynę, której twarz przykrywały blond włosy. Matt stanął właśnie obok mnie.
-O Boże!-wrzasnął i szybko przykucnął obok dziewczyny. Delikatnie zsunął jej blond włosy z twarzy. Przykucnąłem obok niego.
-Boże, Lauren!-wrzasnąłem.
Matthew sprawdził puls dziewczyny, po czym położył jej głowę na swoich kolanach. Była nieprzytomna, ale nie leciała jej krew. Zupełnie spanikowałem. Wsiadłem na chwilę do samochodu i włączyłem awaryjne. Nie wiem, po co.
-O Boże, Lauren-szeptał coś mój brat przez łzy, próbując ocucić dziewczynę.-Dzwoń na pogotowie!-polecił mi.
Wyjąłem telefon, po czym powiedziałem roztrzęsionym głosem-Lepiej sami zawieźmy ją do szpitala...
Mój brat podniósł dziewczynę, ja otworzyłem tylne drzwi samochodu, po czym Matt z Lauren na rękach wsiedli tam. Zająłem miejsce kierowcy i szybko odpaliłem auto. Dźwięki dochodzące z tyłu, sprawiały, że czułem się jeszcze gorzej. Matthew płakał, pierwszy raz w życiu widziałem go w takim stanie, był roztrzęsiony. Płacz, to coś zupełnie nie w jego stylu. Nie okazywał uczuć, zawsze zachowywał zimną krew, nigdy publicznie nie uronił nawet jednej łzy, nawet podczas pogrzebów najbliższych. Zaparkowałem na parkingu szpitala, najbliżej drzwi jak tylko mogłem. Matt błyskawicznie otworzył tylne drzwi i wyniósł z samochodu swoją dziewczynę. Zamknąłem na nimi drzwi i podążyłem pośpiesznie do szpitala. Tak się bałem... A jeśli naprawdę skrzywdziłem tę dziewczynę? Matt nigdy by mi tego nie wybaczył... Wszedłem do środka. Było tam bardzo jasno, a światło wręcz oślepiało. Nie było głośno, w przestrzennym korytarzu nie było nikogo, prócz kobiety siedzącej za ladą izby przyjęć, z którą właśnie rozmawiał Matt, trzymający na rękach Lauren. Podszedłem do nich, kobieta wyszła i poprosiła abym poczekał tutaj, a Matt, żeby poszedł za nią. Weszli do jakiegoś pomieszczenia. Usiadłem na białym krześle w kącie. Oparłem głowę na dłoniach i czekałem w tej absolutnej ciszy na jakieś wieści. Właściwie, sam zastanawiam się, czemu wtedy nie płakałem... Chyba po prostu byłem w za dużym szoku. Po chwili usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Energicznie podniosłem głowę. To był Matty, ze zdenerwowaną miną zbliżał się w moim kierunku. Podniosłem się i już otworzyłem usta, aby coś powiedzieć, ale Matthew zmierzył mnie wzrokiem i usiadł. Lekko zdezorientowany usiadłem obok niego. Chłopak usiadł tak jak ja poprzednio.
-Matt...-zacząłem cicho.
-Odwal się.-odburknął stłumionym przez dłonie głosem.
Zrozumiałem, że potrzebował teraz przemyśleć wszystko, to normalne, więc postanowiłem pomilczeć. Przez najbliższe godziny nie było żadnych wieści, co jakiś czas drzwi otwierały się, a do środka wchodzili coraz to nowi pacjenci. Jakieś dziecko prawdopodobnie skręciło kostkę, bo spadło w nocy z łóżka, kogoś innego bolało ucho, a kobiecie w ciąży odeszły wody. Pomimo bardzo późnej godziny, nasze miasto nie spało. Ja i Matthew wciąż nie rozmawialiśmy. Matt wysłał mamie smsa, żeby się nie martwiła, że wszystko jest okej.
Wstałem, po czym podszedłem do automatu z kawą. Wziąłem dwie, jedną dla siebie, jedną dla Matta, po czym wręczyłem mu ją. Chłopak skinął głową, po czym upił łyka.
-Wszystko będzie dobrze.-powiedziałem cicho.
W tym momencie podeszła do nas pielęgniarka, która oświadczyła, że Lauren obudziła się i możemy na chwilę wejść i ją odwiedzić. Matthew poderwał się z miejsca i wszedł do sali bez słowa. Ja zostałem w holu.

LAUREN
Boże, co się stało? Głowa bolała mnie tak, jakbym przez cztery ostatnie dni nie robiła nic innego poza piciem piwa. Chociaż w sumie nie, to było gorsze od największego kaca. Bardziej jakby ktoś rzucał mi w głowę kamieniami. Co jakiś czas miałam zawroty, albo mroczki przed oczami. Nic nie pamiętam, ostatnia scena, którą sobie przypominam, to jakieś dwa światła, które zbliżają się... Obudziłam się w jakimś dziwnym pokoju, o wiele większym od mojego. Był bardzo jasny, prawie wszystko było w nim białe, jak w psychiatryku... Spojrzałam na swoje ręce. Do jednej z nich podłączona była kroplówka, a do drugiej jakiś mały plastikowy otworek, prawdopodobnie na strzykawkę. Więc wszystko jasne, byłam w szpitalu... Miałam na sobie jakąś jasno-błękitną szmatę, a włosy upięte do góry. Pewnie wyglądałam okropnie, mam nadzieję, że nie pielęgniarki nie zmyły mi makijażu... W tym momencie drzwi otworzyły się, a w nich stanął zmartwiony Matty.
-O Boże, Hope...-wycedził chłopak, a z jego oczu popłynęły łzy.
Chłopak szybko podszedł do mojego łóżka, delikatnie usiadł na nim i złapał mnie za rękę. Uśmiechnęłam się delikatnie. Szatyn nachylił się i pocałował mnie w czoło.
-Jak się czujesz?-wyszeptał, wyraźnie zmartwiony.
-W porządku...-skłamałam.-Co się stało?
Matty zawahał się chwilę, po czym zmieszany odpowiedział:
-Miałaś wypadek... Wracaliśmy do domu, kiedy wyszłaś nam na ulicę i...-chłopak urwał a po jego policzku ponownie popłynęła łza.
-Już dobrze.-starałam się go uspokoić, po czym dodałam-Chodź tutaj.
Przesunęłam się, robiąc chłopakowi miejsce na łóżku. Szatyn położył się obok, obejmując mnie. Wtuliłam się w niego, po czym zasnęłam.

MATTHEW
Kiedy Hope zasnęła, Justin zawiózł mnie do domu. Wziąłem szybki prysznic, po czym udałem się do najbliższego sklepu. Kupiłem trochę jedzenia i kilka gazet. Na dworze robiło się już jasno, więc bez chwili snu, wsiadłem w samochód i pojechałem z powrotem do szpitala. Pielęgniarka bez problemu wpuściła mnie do środka, Hope jeszcze spała. Po cichu rozpakowałem produkty, stawiając je na małej etażerce stojącej obok łóżka Hope. Następnie zająłem miejsce na krześle obok jej łóżka i zacząłem czytać jedną z gazet, które dla niej kupiłem. Kilkanaście minut później, dziewczyna zaczęła się wiercić. Odłożyłem gazetę, po czym spojrzałem na nią. Uchyliła lekko oczy i uśmiechnęła się, widząc mnie.
-Cześć.-wyszeptała ospale.
-Dzień dobry.-odparłem wesoło.
Lauren wyciągnęła rękę, na znak, żebym się do niej zbliżył. Przysunąłem swoje krzesło bliżej jej łóżka, po czym chwyciłem jej dłoń.
-Spałeś?-spytała dziewczyna.
-Tak, jasne.-odparłem, uśmiechając się.
Ona zmierzyła mnie tylko wzrokiem, po czym dodała:
-Nie kłam. Jedź do domu i prześpij się, to ci dobrze zrobi.-poleciła mi stanowczo.
-Spokojnie, to ja powinienem się raczej o ciebie martwić.-odparłem, śmiejąc się.-Poza tym, na razie nie jestem zmęczony.
Dziewczyna pokręciła głową.
-Kocham cię.-powiedziała, uśmiechnięta.
Podniosłem się z krzesła, po czym nachyliłem się do niej i pocałowałem ją. W tym momencie usłyszeliśmy chrząknięcie.
-Nie przeszkadzam państwu?-spytała ironicznie pielęgniarka, stojąca w drzwiach.
-Trochę.-odparła Hope, na co ja parsknąłem śmiechem. Z powrotem zająłem swoje miejsce na krześle. Kobieta zmierzyła temperaturę Lauren, podała jej leki i zanotowała to na tablicy, wiszącej na jej łóżku.
-Co z nią?-spytałem pielęgniarki.
-Ma wstrząśnienie mózgu, ale proszę się nie martwić, to nic poważnego. Zostanie kilka dni na obserwacji i jeżeli nie będzie komplikacji to wypiszemy ją.-odparła kobieta miłym głosem, po czym opuściła pokój.
-Jesteś głodna?-spytałem, otwierając jogurt brzoskwiniowy.
-Czytasz mi w myślach.-odparła dziewczyna, biorąc ode mnie jogurt.-A masz łyżeczkę?
Przewróciłem oczami.
-Zaraz wracam.-po czym opuściłem salę.

JUSTIN
Nie wiedziałem, czy Lauren chce się ze mną widzieć, ale za to byłem pewny, że muszę ją przeprosić. Mam nadzieję, że nie napluje mi w twarz... Wszedłem do sali, do której wczoraj wszedł Matthew. Uchyliłem lekko drzwi i zobaczyłem blondynkę, która piła prosto z opakowania jogurt.
-Tak szybko? Już nie trzeba, poradziłam sobie.-powiedziała, śmiejąc się, po czym uniosła wzrok i zobaczyła mnie.-O, to ty...-odpowiedziała już zupełnie innym tonem. Odstawiła jogurt na etażerkę.
-Cześć.-przywitałem się nieśmiało.-Mogę?-spytałem wskazując na krzesło, stojące przy jej łóżku. Najwyraźniej Matt już tutaj był.
Dziewczyna pokiwała głową, usiadłem.
-Cześć.-odparła.-Po co przyszedłeś?
-Przeprosić.-odparłem smutno.
-W porządku.-dziewczyna wzruszyła ramionami.-Nic mi nie jest, żyję.
-Tak, wiem, ale to przeze mnie tu jesteś... Nie chciałem, przepraszam.-odparłem.
-Nic się nie stało.-uśmiechnęła się delikatnie.-Nie będę mogła przez ciebie wystąpić na dwóch najbliższych koncertach, więc pewnie wyleją mnie z pracy, ale jest okej.-dodała ironicznie.
-Przepraszam.-powtórzyłem, podnosząc się z krzesła. Gdy wychodziłem, minąłem się w drzwiach z Mattem.
-Czego on tu chciał?-słyszałem, jak spytał.
-Przeprosić.-parsknęła Lauren.
Przyspieszyłem kroku i wyszedłem ze szpitala.


_________________
Moja przyjaciółka poprosiła mnie, żebym dodawała dłuższe rozdziały i muzykę na początku. A więc jest. Przed przeczytaniem otwierajcie sobie w drugiej karcie piosenkę i dopiero zabierajcie się do lektury, tak się przyjemniej czyta.
PS. Dziękuję za 50 obserwujących i 9 komentarzy! KOCHAM WAS :*

9kom=NN
Tagi: 3
02.11.2012 o godz. 13:17
MATTHEW

Jednym z głównych powodów, dla których uwielbiam koncerty jest to cudowne uderzanie w klatce piersiowej. Czuję się wtedy tak, jakby muzyka wypełniała mnie od środka i grała wewnątrz mnie. Ja i Hope kochamy koncerty. Zawsze bywamy na wszystkich darmowych, a jeżeli w pobliżu naszego miasta są jakieś płatne to pracujemy dorywczo aby uzbierać na bilety. Niedawno 200 km stąd był koncert Simple Plan. Pracowaliśmy przez prawie miesiąc w domu starców. To było wyjątkowo ciekawe doświadczenie... Karmiliśmy babcie bez zębów. Drugim powodem dzisiaj, jest to, że na scenie naprzeciwko stoi moja dziewczyna, którą uwielbiam jeszcze bardziej. Jest zestresowana, chociaż się do tego nie przyzna. Widzę to w jej oczach, mnie nie oszuka, zbyt dobrze ją znam. Ale i tak daje z siebie wszystko. W prawej ręce trzyma mikrofon i śpiewa. Te piękne dźwięki wydobywają się z tej pięknej istoty... To niesamowite. Zdziwiłem się, że wybrała właśnie taki utwór. Był spokojny, poważny... Zupełne przeciwieństwo jej samej, zwłaszcza, że od zawsze uwielbiała rocka. Dzisiaj stała naprzeciwko zachwyconego jej głosem tłumu i śpiewała "Hurt" Christiny Aguilery. Ale to był dopiero początek. Po zakończeniu utworu i kilkuminutowych brawach, gdy byłem już pewny, że ma tą pracę, zaczęła piosenkę, której melodię zawsze nuciła pod nosem kiedy była szczęśliwa. Nie znam dokładnie tytułu, ale jest dość ciężki utwór rockowy. Wiedziałem, że sobie z nim poradzi, jak zawsze. Cały wrzeszczący i tańczący w rytm muzyki tłum był w nią wpatrzony. Widziałem, że była z siebie dumna. Ja też byłem. Po chwili w mojej kieszeni coś zawibrowało. Dzwonił mój brat, Justin.
-Halo?!-starałem się przekrzyczeć wiwaty tłumu i dźwięków z głośników.
-Skończyło się już? Czekam pod klubem.-odpowiedział spokojnym jak zawsze tonem.
-Jeszcze nie. Wejdź, poznasz Lauren.-odparłem, chcąc zakończyć jak najszybciej rozmowę, by móc ponownie wsłuchać się w śpiew mojej dziewczyny. Rozłączyłem się. Rozejrzałem się po słabo oświetlonej sali. W jej drzwiach stanął właśnie Justin, z niezbyt wesołą miną.

JUSTIN

Nie lubiłem takich klimatów, nigdy nie podobała mi się taka muzyka. Było strasznie głośno, rozumiem, że to klub ale to już lekka przesada. Rozejrzałem się po sali. Było strasznie tłoczno, wątpię, że zdołam w tym tłumie znaleźć jakoś mojego brata. Ale w tym momencie ktoś wystawił rękę ponad głowy tłumu. Wtedy wiedziałem już, w którym kierunku iść.
-Cześć.-przywitałem się, po czym uścisnąłem jego dłoń.-Długo to jeszcze będzie trwało? Zaraz pęknie mi głowa...-starałem się przekrzyczeć ten hałas.
-Już się kończy, Lauren zaraz przyjdzie.-odpowiedział mój brat z satysfakcją.-Tam jest.-wskazał palcem w stronę sceny. Po schodach schodziła właśnie jakaś uśmiechnięta dziewczyna, oddająca jakiemuś facetowi mikrofon. Rozmawiali przez chwilę, a potem blondynka spojrzała w naszym kierunku. Uśmiechnęła się na widok Matta. Szła w naszą stronę, zadowolona . Była trochę skąpo ubrana. Miała na sobie ciemne, podarte rajstopy, krótką skórzaną spódniczkę i buty na wysokim obcasie. Dobrze, że naszej mamy tu nie ma... Miała także bardzo mocny makijaż i pokręcone włosy. Podeszła do mojego brata, cmoknęła go lekko w usta i wzięła pod rękę. Jej wzrok spoczął na mnie. Uśmiechnęła się.
-Dałaś czadu.-powiedział Matthew.
-Dzięki.-odparła radośnie dziewczyna, nie puszczając jego ramienia.
Stałem naprzeciwko nich i czekałem aż w końcu będziemy mogli opuścić te miejsce. Na scenie grała już kolejna kapela, jeszcze głośniejsza niż poprzednia.
-Lauren, to jest Justin, mój brat. Jakimś cudem nie mieliście okazji się jeszcze poznać.-powiedział Matt.
Od razu pomyślałem sobie, że to dlatego, że mama nie chce widzieć tej dziewczyny w naszym domu i kategorycznie zabrania Mattowi się z nią spotykać, patrząc na nią rozumiem dlaczego. Ale Matt jak to Matt, zawsze robi po swojemu.
-Cześć, Justin. Jestem Lauren, miło mi.-dziewczyna uśmiechnęła się promiennie, puszczając na chwilę ramię mojego brata i wyciągając dłoń w moją stronę.
-Mi również.-odparłem, odwzajemniając uścisk.
-Matty, muszę lecieć. Drake chce jeszcze porozmawiać o umowie i w ogóle... Wrócę do domu pieszo.-powiedziała dziewczyna odwracając się przodem do mojego brata.
Nie uważałem, żeby to był dobry pomysł, bo jest ciemno, a na ulicach kręci się pełno pedofili, gwałcicieli, dresów i innych podrzędnych jednostek społecznych.
-Nie ma mowy, jest noc, a spójrz na siebie-zmierzył ją wzrokiem, marszcząc brwi-zbyt skromnie to ty dzisiaj nie wyglądasz.
Matt widać popierał moje zdanie.
-Oj, Matty, przestań. Wiesz, że sobie poradzę... jak zawsze.-wzruszyła ramionami z delikatnym uśmiechem.-Ale dziękuję ci, że się o mnie martwisz.-odparła dziewczyna, po czym pocałowała go, puściła jego ramię i odeszła.
Widać moja obecność nie przeszkadzała im zbytnio w okazywaniu sobie uczuć. Przewróciłem znacząco oczami.
-Możemy jechać?-westchnąłem.
-Tak, sory.-odparł Matt, wymijając mnie i ruszając w stronę wyjścia. Podążyłem za nim.

*****

-Jedź ostrożnie.-pouczył mnie mój starszy braciszek zajmując miejsce obok mnie. Zapiął pas.
-Nie jestem dzieckiem.-odburknąłem, po czym również zapiąłem pas.
Po drodze prawie wcale nie rozmawialiśmy. Matt cały czas klikał coś w telefonie, jak mniemam pisał ze swoją ukochaną. W sumie to trochę mi to przeszkadza, zważając na to, że sam nie mam dziewczyny. Ale wcale nie dlatego, że nie mam powodzenia, wręcz przeciwnie. Ja po prostu nie chcę pierwszej lepszej dla samego tytułu "moja dziewczyna". Szukam drugiej połówki, kogoś na kim naprawdę będzie mi zależało. I może to dziecinne, bo nie jestem jeszcze gotowy na prawdziwą miłość, ale cóż... taka jest prawda.

_________________________
I jak, podoba się jak na razie? Mam nadzieję, że tak, bo wkładam w to opowiadanie całe serce... Także proszę, komentujcie. I dzięki za komy pod poprzednią notką, LOVE U! :*
Tagi: 2
28.10.2012 o godz. 20:32
Wszystko widziałam jak prze mgłę. To na pewno z powodu łez, w kącikach oczu, które prawdopodobnie już zamarzły i nigdy nie wypłyną. Biegłam wzdłuż dobrze znanej mi ulicy, którą od lat obserwowałam z okna "mojego" pokoju.
Jako mała dziewczynka żałośnie podglądałam mieszkańców domów, stojących po drugiej stronie drogi. Zazdrościłam im. Zazdrościłam i to niewyobrażalnie mocno. Tego, że ich dzieci mogą wrócić spokojnie do domu po zajęciach, przywitać się z czekającą już na nich w oknie matką, a ich jedynym zmartwieniem będzie słaba ocena w szkole. Ale gdy trochę wydoroślałam, zrozumiałam, że to bez sensu. Nigdy nie będę miała normalnego życia, pomimo wszystkich nieudolnych prób i starań.
Mijając latarnie, które dawały jakieś mizerne światło tylko wokół własnej osi, widziałam swój oddech. Dosłownie. Było na tyle zimno, że każde wydobywane powietrze z moich ust, skraplało się i przybierało postać pary, a że biegłam dosyć szybko, przy każdej okazji minięcia lampy, z zachwytem obserwowałam ten 'dym'. Nie wiedziałam dokładnie dokąd biec, ale za to byłam pewna, że jak najdalej stąd. Musiałam uciec. Nie wytrzymałam, po prostu pękłam, jak dziecinna, żałosna gówniara, a to do mnie nie podobne. Pomimo dość młodego wieku, miałam już silnie ukształtowany charakter.
Byłam silna umysłowo, byle czym do płaczu zmusić mnie nie było można, dodatkowo, byłam przebiegła i chytra, wszystko potrafiłam zaplanować sobie wcześniej w głowie, a potem uparcie dążyć do celu, nie zważając na uczucia ludzi, których przy okazji raniłam. Nie nazwałabym raczej tych wszystkich cech zaletami, ale dobrze wykorzystane, mogły przybierać też i takie określenie.
Zatrzymałam się pod pierwszym napotykanym drzewem i osunęłam się po nim. Było szorstkie, prawdopodobnie pokryte szronem, bo noc była mroźna. Było mi cholernie zimno. Opasałam rękami kolana, podkurczone pod pierś, próbując się w ten sposób jakoś ogrzać.


******
2 lata później.

-Jezu, kobieto daj mi spokój, nie wiem!-krzyknęłam, wbiegając do swojego, małego pokoju, zatrzaskując ciotce drzwi przed nosem. Przekręciłam kluczyk.
-Słuchaj gówniaro, gdyby nie my, nadal gniłabyś w tym zasranym sierocińcu, więc wykaż się chociaż odrobiną szacunku i otwórz mi te drzwi.-mówiła Amanda, naciskając ciągle na klamkę, niby spokojnym tonem, próbując się opanować.
-Nikogo tutaj nie ma, pogadaj sobie z drzwiami.-wybuchłam śmiechem, wskakując na małe, jednoosobowe łóżko, nakryte błękitnym kocem.
Uniosłam nogi do góry, po czym podkurczyłam je. Na stopach miałam czarne, skórzane kozaki, którymi trochę ubrudziłam koc, ale przecież to nie ja będę to prała, tego umowa nie obowiązuje.
-Nie bądź bezczelna, smarkulo!-wrzasnęła zza drzwi ciotka, uderzając w nie.
-Jestem bezczelna, powinnaś się przyzwyczaić.-odpowiedziałam spokojnie, zajmując się pasemkiem włosów, które opadało na moje ramię. Owinęłam blond pęczek włosów na palcu i obróciłam kilka razy. Rano zakręciłam je na lokówkę, ale chyba zaczynały opadać.
-Otwórz mi w tej chwili, albo wyważę te drzwi!-wrzeszczała nadal, tupiąc przy tym ze wściekłości.
-To będzie dla was tylko niepotrzebny, dodatkowy koszt. Twój wybór.-odparłam spokojnie, wzruszający ramionami.
Ciotka Amanda westchnęła głośno, tak żebym usłyszała, po czym odmaszerowała spod moich drzwi.
Właśnie byliście świadkami codziennej kłótni pomiędzy mną, a jedną z moich ciotek, w tym przypadku z Amandą, o jednego papierosa. Jak zwykle wypomniała mi, że dzięki niej wyszłam z bidula, czyli punkt pierwszy zaliczony. Punkt drugi: nazwała mnie smarkulą, cokolwiek to znaczy, też zaliczone. I ostatni punkt: kazała się szanować-zaliczone, z tego co pamiętam. Dwa lata temu, po ucieczce z domu dziecka, przyszłam tutaj i ubłagałam Amandę i Izabellę, moją jedyną rodzinę, żeby mnie zaadoptowały. Oczywiście nie za darmo. Dobrze się uczę, więc już drugi rok z rzędu mam stypendium wysokości 500$, które co do grosza im oddaję. Teraz mam już 18 lat, więc mogłabym się wyprowadzić, ale nie mam żadnych oszczędności, więc na razie o tym nie myślę. Na szczęście w pobliskim klubie szukają wokalistki do kapeli rockowej, a ja nie chwaląc się mam niezły wokal.
Po chwili usłyszałam przebój Linkin Park "Burn it down", który był obecnie dzwonkiem mojego telefonu. Poderwałam się z łóżka i podeszłam do małej, dębowej komody, która była już stara i poobdzierana z brązowej farby. Ciotki były na tyle łaskawie, że oddały mi ją, pozbywając się śmiecia z salonu. Nad nią zawieszone było wpół stłuczone lusterko, w którym zwykłam się przeglądać co rano. Sięgnęłam po telefon, na którego ekranie wyświetliło się właśnie słowo "Matty". Uśmiechnęłam się delikatnie, po czym odebrałam.
-Halo?
-Witaj, piękna. Jak tam, gotowa na wielki dzień?-spytał ze śmiechem.
-No jasne, już się powoli szykuję.-odparłam, po czym dodałam-A twoi rodzice? zgodzili się?-spytałam z przejęciem, licząc na pozytywną odpowiedź.
-Tak. Ale pod warunkiem, że będę w domu przed północą. Ale spoko, myślę, że jeszcze uda mi się ich jakoś namówić.-odparł równie wesoło co poprzednio.-Muszę kończyć. Kocham cię.
-Ja ciebie też, na razie.-rozłączyłam się.
Matthew Bieber to mój chłopak, spotykamy się od półtora roku. Jest jedyną osobą, która wie o mnie dosłownie wszystko i jedyną osobą, która się dla mnie liczy. Poznałam go w jednym z najtrudniejszych okresów w moim życiu, a było ich dużo i od razu się zakochałam. Wie, że moje prawdziwe imię to Hope, oznaczające nadzieję. Nadzieję na lepsze jutro. Moja matka zmarła przy porodzie, nazwał mnie tak tata, który pragnął mnie samodzielnie wychować, niestety kilka miesięcy po moich 3 urodzinach zginął w wypadku samochodowym, a ja trafiłam do domu dziecka. I naprawdę, darzę go niesamowitym uczuciem... gdyby nie on... pewnie popełniłabym samobójstwo. A wracając do rozmowy telefonicznej, Matty narozrabiał trochę w zeszłym tygodniu i ma szlaban. Poza tym, jego rodzice nie przepadają za mną. A dziś jest mój pierwszy występ w klubie "All".
Otworzyłam szufladę komody, która wydała z siebie donośny dźwięk. Wyjęłam z niej tusz do rzęs, czarny cień do powiek i eyeliner. Poprawiłam i tak mroczny już makijaż, bo bez make-up'u nawet nie wstaję z łóżka, i włączyłam lokówkę. Po jakiejś godzinie byłam już gotowa, ubrałam się i zadzwoniłam do Matty'ego, żeby wpadł po mnie.

*****

-Hej.-otworzyłam chłopakowi drzwi, całując go namiętnie.-Wychodzę!-oświadczyłam, opuszczając dom.
Szatyn objął mnie ramieniem, uśmiechając się promiennie.
-I jak tam, masz tremę?-spytał, śmiejąc się.
-Ja? Nigdy.-odparłam, również wesoło.
Szliśmy objęci przez ciemną już drogę. Dzisiejsza noc bardzo przypominała mi noc mojej ucieczki. Pierwszego dnia mojego prawie normalnego życia. Kilka samochodów jeszcze jeździło po ulicy, ale bardzo rzadko. Latarnie powoli się rozpalały, a oszronione drzewa gubiły liście. Odwróciłam głowę w bok i spojrzałam na szczęśliwą twarz Matty'ego. Jego dłoń ściskała moją. Uśmiechnęłam się delikatnie sama do siebie.
-Co?-spytał zdziwiony chłopak, a kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry.
-Nic.-odparłam krótko, wpatrzona w jego twarz.-Cieszę się, że cię mam.

________________________
To taki początek, w następnym rozdziale do akcji wkroczy Justin. Wydaje mi się, że jest dosyć oryginalne opowiadanie, bynajmniej nie widziałam jeszcze takiego na bloblo. Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie. LOVE U. :*

A tu macie jeszcze raz zwiastun opowiadania:

[KLIK]


7kom=NN.
Tagi: 1
26.10.2012 o godz. 22:11

W drzwiach stał Tayler! Na szyi wisiała mu jakaś dziewczyna, która wyglądem przypominała najtańszą tirówę. Była jak skwarka, doszczędnie spalona na solarium, ubrana w lateksową mini. W pierwszej chwili pomyślałam, że mam jakieś zwidy. Byłam przekonana, że ktoś dosypał mi czegoś do wody, ale to było mało prawdopodobne. Poderwałam się z krzesła i stanęłam na przeciwko rozbawionego Taylera, w tym momencie całującego się z blondi.
-Widzę, że szybko się pocieszyłeś!-wrzasnęłam mu w twarz.
Brunet jednym ruchem ręki odrzucił przyssaną do niego dziewczynę, która przewróciła się na podłogę. Po chwili podniosła się, spojrzała z pogardą na Taylera, poprawiając rozczochrane włosy, po czym weszła do toalety, zapewne się uczesać.
-To nie tak jak myślisz.-odparł wyraźnie zszokowany.
-Ja nie myślę, ja to wiem. Bądź tak łaskaw i więcej nie wydzwaniaj z wiadomością, że chyba się we mnie zakochałeś. Na razie.-po czym nie czekając na odpowiedź odwróciłam się i wróciłam do pierwszej klasy, do której on-plebs nie mógł wejść. Chciał się pobić z ochroniarzami aby móc mi wszystko wyjaśnić, ale ja nie dałam mu na to szansy. Po kilku chwilach zaczęły dopadać mnie wyrzuty sumienia, ale nagle podeszła do niego ta tirówa i odpuścił, ja zresztą też. I w ten właśnie sposób ułatwił mi dokonanie wyboru. Nie oznaczało to jednak, że wybaczam Justinowi. Musiał się postarać aby mnie odzyskać. Po kilku godzinach lotu dotarłyśmy na miejsce i mimo możliwości porozmawiania ze mną Tayler odpuścił. Pewnie chciał znaleźć jakąś przyjemną toaletkę by móc tam dać upust swoim emocjom. Szybko odebrałyśmy bagaże i złapałyśmy Taxi, która zawiozła nas do centrum Paryża. Oczywiście zaczęłyśmy robić zakupy, które okazały się wielkim sukcesem. Zmęczone podróżą i zakupami pojechałyśmy do wynajętego domku pod Paryżem, wzięłyśmy szybki prysznic i ułożyłyśmy się do snu.
Przez kolejne dni uśmiech nie schodził mi z twarzy i ani razu nie pomyślałam o Justinie... no może parę razy, ale nie przejmowałam się nim. Chciałam po prostu się zrelaksować, zapomnieć o codziennych problemach, bo na szczęście na rutynę nie mam co narzekać.

***************************************


Oczami Justina

Po tym jak Kimberly wyszła z mojego samochodu zostawiając mnie samego, czułem się dobrze. Krótka przerwa dobrze nam zrobi. Był właśnie ferie jesienne. Nudziłem się sam w domu, ale nie chciałem dopuścić do siebie myśli że tęsknię za Kim. Chodziłem na mecze, zakupy i spotykałem się ze znajomymi, ale tak naprawdę nie byłem szczęśliwy, wręcz przeciwnie. W końcu zrozumiałem, że tak naprawdę tęsknię za moją dziewczyną. Za jej pocałunkami, dotykiem, aksamitnym głosem. Musiałem ją znaleźć, ale najwidoczniej nie było mi to przeznaczone. Jej rodzice nie chcieli udzielić mi żadnych informacji na temat jej pobytu, a ja nie mogłem czekać. Postanowiłem zadzwonić do Very, której wszystko opowiedziałem. Zrozumiała w jak trudnej sytuacji jestem i postanowiła mi pomóc. Powiedziała że są w Montmorency, gdzieś w Francji. Odrazu kupiłem bilet lotniczy. Na miejscu wynająłem samochód i pojechałem do mojej Kimberly.

**************************


Oczami Kimberly

Pierwsze dni mijały wspaniale. Poznałyśmy wielu ciekawych ludzi, w szczególności chłopaków, ale żaden nigdy nie zastąpi mi Justina... Z czasem zaczęłam za nim tęsknić. Obiecałam jednak sobie, że wytrzymam bez niego jeszcze przynajmniej tydzień. Pewnego wieczoru, kiedy Vera brała prysznic, zauważyłam, że nie mamy nic do picia i postanowiłam, że pojadę wynajętym samochodem do sklepu. Znajdował się on ok 25 min drogi stąd. Padał deszcz ale przecież musimy coś pić.

Oczami Justina

Dotarłem pod ich domek, nie był zbyt duży, jednakże schludny i zadbany z zewnątrz. Światła się w nim paliły, więc wziąłem kwiaty z tylnego siedzenia i ruszyłem w stronę domu. Gdy wszedłem okazało się, że Kimberly chwilowo nie ma, postanowiłem zaczekać. W między czasie wdałem się w rozmowę z Verą.
Powiedziała mi że Kimberly bardzo przeżywa nasz związek. To, że nigdy nie powiedziałem jej, że ją kocham mimo iż wiedziałem to już od dłuższego czasu i to, że nazwałem ją, a w zasadzie traktuję ją jak dziecko. Powiedziałem jej, że nie robię tego celowo tylko po prostu za mało uwagi poświęcam naszemu związkowi. Teraz tego żałuję. Czekałem już 30 min, ale jej nie było. Poprosiłem więc by Vera do niej zadzwoniła. PO kilku sygnałach odebrała. Ucieszyła się z wiadomości, że tu jestem ale po chwili usłyszeliśmy straszny huk i sygnału już nie było. Przerażeni pojechaliśmy jej szukać. Nagle zobaczyliśmy pełno świateł policyjnych i dźwięk syren strażackich, policyjnych i karetkowych. Powiedzieli nam że życiu osób nic nie zagraża. Byliśmy przerażeni. Udaliśmy się do szpitala. Tam w jednej sal leżała ona. Taka biedna, samotna, poobijana. Była blada, a do jej żył podłączona była kroplówka. Miała bandaż na głowie. Szybko do niej pobiegłem i usiadłem delikatnie obok jej łóżka. Chwytając ją za rękę powiedziałem:
-Kocham cię, proszę, wybacz mi. Wiem, że zachowałem się jak kretyn ale to wszystko było takie trudne.-nachyliłem się do niej i oparłem głowę o jej czoło. Czułem na sobie jej niespokojny oddech. Po chwili dziewczyna ścisnęła moją dłoń i wyszeptała:
-Już dobrze. Ważne, że wszystko się ułożyło. Tak długo czekałam na te wyznanie. Ja też cię kocham, Justin.-uśmiechnęła się delikatnie.
Pocałowaliśmy się i oboje naraz powiedzieliśmy "Nic nas już nie rozłączy".



_________________________________
Hihihoho suprise! Koniec opowiadania, kochane. :( Ale nie martwcie się, mam już napisany pierwszy rozdział nowego, zapowiada się ciekawie. Dziękuję Wam, że wytrwałyście ze mną te 25 rozdziałów i komentowałyście tak dzielnie. Gdyby nie wy, nie byłoby mnie tu. KOCHAM WAS! :*
9 kom=NN.
Tagi: 25
19.10.2012 o godz. 23:32
Szłam przed siebie dobrze oświetloną ulicą. Po mojej lewej stronie jeździły samochody, a po prawej spacerowali ludzie. Jedni byli zakochani i szczęśliwi, drudzy smutni, samotni, ale wydaje mi się, że nikt z nich, nie znajdował się w tak trudnej sytuacji jak obecnie ja. Z jednej strony odrażający Tayler, który nazwał mnie tanią, ale coś do mnie czuł, niestety ja nie. A może? A może wszystkie kryzysy w moim związku z Justinem, sprawiły, że zbliżyłam się do Taylera? Sama nie jestem pewna swoich uczuć. Z drugiej strony mój 'ukochany' Justin, który najpierw ukrywał mnie po kątach, a teraz stwierdził, że jestem dzieckiem. On mi nawet nigdy nie powiedział, że mnie kocha! Ale chyba to właśnie ja kocham jego. Ale czy moja miłość może sama zbudować i podtrzymać ten związek? Czy można kochać dwóch naraz? W sumie, Elena z Vampire Diaries kochała, ale przecież to jest prawdziwy świat, w krzakach nie czeka na mnie Stefan z jeleniem na obiad. (dop. aut. VD dzisiaaaaj!) Po wielu refleksjach doszłam do wniosku, że muszę od nich odpocząć. Zbliżały się ferie. Coś czuję, że jutro się rozchoruję i aż do przerwy jesiennej nie zjawię się w szkole...


********************************



-Kochanie, na pewno wszystko spakowałaś? Masz jakiś ciepły sweter i szczoteczkę do zębów?-zatroskana mama, ściskała mnie mocno, podtrzymując jedną ręką moją walizkę.
-Tak, mamo. Nie wyjeżdżam przecież na Antarktydę tylko do Paryża!-powiedziałam trochę zdenerwowana, widząc rozbawioną minę Very, która nie wzięła swojej mamy na lotnisko i teraz mogła zając się poważniejszymi sprawami, jak na przykład podrywanie chłopków stojących w rzędzie obok nas.
-No tak, tak. A możesz mi przypomnieć jak nazywa się to miasteczko, w którym będziesz mieszkać? Wygugluję cię.-powiedziała mama, siląc się na slang młodzieżowy.
Już się chciało powiedzieć "O, żal mamo, ale kwas."
-Montmorency, mamo.-odparłam z wyrzutem, wzdychając głośno.
W tym momencie, kobiecy głos w głośnikach oznajmił, że pasażerowie naszego samolotu proszeni są o przejście do odprawy. Mamy popłakała się jeszcze i kiedy wysmarkała już nosa w moją apaszkę, pozwoliła mi odejść.


***************************



Zajęłyśmy miejsca w pierwszej klasie. Veronica wepchała swój tyłek do okna, zostawiając mnie obok jakiegoś grubego, chrapiącego typa, któremu ciekła zielona wydzielina z nosa, zwana powszechnie 'gilem'. Było mi niedobrze. Postanowiłam pójść do stewardessy i poprosić o szklankę wody. Samolot wystartował już dawno, więc mogłam spokojnie wstać. Barek znajdował się tuż obok małej, obrzydliwej toalety. Dochodziły z niej bardzo dziwne dźwięki. Pierwszą myślą było zatwardzenie, jednak ciekawość wzięła górę, podeszłam bliżej i wtedy byłam już przekonana. Dźwięki były jednoznaczne. Trochę rozbawiona całą tą sytuacją, usiadłam przy barku i zaczęłam myśleć o Taylorze i Justinie. Pomyślałam, że ten kto pierwszy znajdzie mnie w tym Paryżu, ten otrzyma w nagrodę moje serce. Żeby nie ułatwić im zadania, zabroniłam komukolwiek informowania o miejscu mojego pobytu. Mogło być też tak, że żaden z n ich nie podejmie się tego zadania, a wtedy zostanę szczęśliwą singielką. Wtedy drzwi od toalety otworzyły się i ujrzałam w nich............. cdn.


____________________________________
Dziewczyny, wybaczcie, że taka długa przerwa i taki krótki rozdział, ale obiecuję, że jutro dodam nową część. Dziękuję za 14 komentarzy! LOVE U! :*




Tagi: 24
18.10.2012 o godz. 21:39
Kilka godzin później, kiedy znudziło nam się już gadanie, przytulanie itp. postanowiłam wyznać Jusowi prawdę, korzystając z tego, że jest w dobrym humorze. Podniosłam się z łóżka do pozycji siedzącej i wyprostowałam plecy. Położyłam dłonie na kolanach i odchrząknęłam głośno. Szatyn przeciągnął się i nadal w pozycji leżącej podłożył sobie dłonie pod głowę.
-Justin...-zaczęłam niepewnie.
-Hm?-mruknął chłopak, zginając kolana.
-Wiesz, chcę być z tobą szczera, dlatego ci to mówię...-dodałam stanowczo-Rozmawiałam z Taylerem.
Skrzywiłam się, jakby czekając na wybuch wulkanu, jakiś wyrok lub coś w tym stylu. Szatyn tylko podniósł się trochę i oparł plecami o ścianę.
-W porządku.-wzruszył ramionami-Mam nadzieję, że wszystko sobie wyjaśniliście.
Jego ton był obojętny. Jakby mówił mi o pracy domowej z angielskiego.
-Nie jesteś zły?-spytałam, nie ukrywając rozczarowania.
-Nie.-odparł chłopak, po czym przysunął się do mnie i objął mnie ramieniem.-Chodź tutaj.-uśmiechnął się, a ja położyłam mu głowę na ramieniu.
-Dzisiaj wyjaśniliśmy sobie, że to koniec.-ciągnęłam uparcie.
-I jak to przyjął?-spytał chłopak, drugą ręką przeczesując moje włosy.
-Dobrze. Wyszedł z tego z twarzą.-skłamałam, nie chcąc wpędzić go w kłopoty, nawet po tym co mi powiedział.
Szczerze mówiąc nie przejęły mnie jego słowa. Dobrze wiedziałam, że były zupełnie bezpodstawne, więc nie miałam czym się martwić.
-No to dobrze.-uśmiechnął się.
Przyznam, że nie takiej reakcji się spodziewałam, aczkolwiek... no, była ona zadowalająca. Po kilkudziesięciu minutach zaczęłam się zbierać. Chłopak odprowadził mnie do drzwi.
-Na pewno nie chcesz, żebym cię podwiózł?-spytał szatyn, kołysząc moją ręką.
-Nie, naprawdę. Przejdę się.-uśmiechnęłam się, po czym pocałowałam go w policzek.-Do zobaczenia.
-No to uważaj na siebie, pa.-westchnął chłopak, zamykając za mną drzwi.
Idąc do domu, cały czas myślałam o słowach Taylera. I przyznam, że im dłużej nad nimi myślałam, tym więcej nabierały one sensu... Justin, no cóż, miał już mnóstwo dziewczyn. I czy tak naprawdę wszystkie kochał? Czy wszystkie traktował tak jak mnie, że czuły się wyjątkowe? Ja wprawdzie nie miałam jeszcze żadnego dowodu jego uczuć. Stąd te wątpliwości... Ale nie będę go do niczego zmuszać, bo wiem, że chłopcy tego nie lubią. Nie będę naciskać, poczekam na jego uczciwe wyznanie. Jeśli jednak ono nie nastąpi... to podejmę poważniejsze kroki.

******************************


Jak zawsze, wszystko co dobre kiedyś się kończy. W tym przypadku był to weekend. Budzik zadzwonił, wybudzając mnie z pięknego snu. Nie szczędząc sobie ziewnięć, wstałam z łóżka, rozsunęłam rolety i otworzyłam okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Już po chwili do pokoju wpadł chłodny podmuch wiatru, przez który przeszły mnie ciary. Nie było słońca, więc nie miałam raczej co liczyć na odstrzałową, letnią kreację. Po porannej toalecie i pozostałych czynnościach codziennych, zeszłam na dół. Zjadłam na szybko jakieś płatki, po czym opuściłam dom. Było straasznie zimno. Stanęłam na podjeździe przed domem, po czym rozejrzałam się. Skrycie liczyłam, że mój chłopak (oooch, jak to beauty brzmi!) zrobi mi niespodziankę i przyjedzie po mnie, ale jak widać na tak wspaniały gest nie miałam co liczyć z jego strony. Sama przejęłam inicjatywę i wyjęłam telefon z torby.
-Hej, Jus. Jesteś już w szkole?-spytałam, siląc się na normalny ton.
-Nie, dopiero wychodzę z domu, a co?-spytał chłopak, po czym usłyszałam w telefonie huk zamykania drzwi.
-A nie przyjechałbyś po mnie?-spytałam słodkim, błagalnym tonem.-Jest strasznie zimno i wiesz...
-No dobra, to zaraz będę.-odparł obojętnie i rozłączył się.
Po chwili jego samochód czekał już pod moim domem.
-Cześć.-rzuciłam, wsiadając, po czym trzasnęłam drzwiami.
-Hej.-odparł chłopak, dając mi buziaka w policzek.
Chyba po prostu zbytnio go wyidealizowałam w swoich oczekiwaniach. Jest w porządku.
Po kilku minutach byliśmy w szkole. Szatyn wysiadł pierwszy, po czym otworzył mi drzwi. Następnie chwycił moją dłoń i razem ruszyliśmy przed siebie. Czułam się taka dumna. Wiedziałam, że te dziewczyny, które właśnie mijamy mi zazdroszczą... Wspaniałe uczucie! Szatyn mijał te wszystkie piękności nawet na nie nie zerkając... Był zapatrzony we mnie. Razem mogliśmy zawładnąć tą szkołą. Mijając jego kolegów on tylko skinął im i odparł, że spotkają się później. Nie chciał mnie zostawiać. Było idealnie. Po chwili, gdy byliśmy już pod klasą, szatyn zostawił mnie na chwilę i poszedł do kolegów, oczywiście pytając wcześniej o moją zgodę. Chociaż zbytnio mi to nie odpowiadało, to zgodziłam się, nie chcąc go ograniczać. W oddali zauważyłam Veronicę, idącą w moją stronę z uśmiechem. Pomachałam do niej, na co ona zareagowała tym samym. Moment później, kiedy stała już przede mną, nachyliła się do mnie i szepnęła z podekscytowaniem.
-To wy już tak mega oficjalnie?! Wow, gratuluję. Szkoła już huczy od plotek. Przez tę drogę, którą szłam do ciebie, poinformowały mnie o tym trzy osoby!
Uśmiechnęłam się triumfalnie. Wypięłam dumnie pierś, po czym odparłam zupełnie oczywistym tonem.
-Właściwie to tak. Jak na razie układa nam się całkiem dobrze.-próbowałam ukryć podekscytowanie.
No bo przecież na nagłe wybuchy ekscytacji nie mogła sobie pozwolić tak ważna osobistość jak dziewczyna Justina Biebera...
-Ale ci zazdroszczę!-powiedziała Vera, na co ja tylko uśmiechnęłam się.
Po chwili rozległ się dzwonek. Dziewczyna i ja pożegnałyśmy się, po czym ta oddaliła się do swojej klasy. Oparłam się o ścianę, czekając na Justina. Po chwili zauważyłam go z osobą towarzyszącą. Szli ramię w ramię, śmiejąc się. Moja twarz przybrała chyba purpurowy kolor. Spojrzałam w inną stronę, licząc, że nie zauważyli, że na nich patrzę. Udawałam obojętną. Po chwili chłopcy podeszli do mnie, a Justin objął mnie ramieniem. Na przeciwko nas stał Tayler, na którego twarzy malował się niepewny uśmiech.
-Kim, mam dla ciebie dobrą wiadomość.-powiedział Justin, posuwając nosem po mojej twarzy.
-Pogodziliśmy się.-dokończył za niego Tayler.
-Tak? Super...-udawałam zaskoczoną i szczęśliwą.
-No tak, bo przecież znamy i przyjaźnimy się od gnojka. I szkoda byłoby to zmarnować... A skoro wy już sobie wszystko wyjaśniliście, to my też.-uśmiechnął się Justin.
-Bardzo się cieszę. Naprawdę.-kłamałam.
Oboje uśmiechnęli się promiennie. W tym momencie przyszedł nauczyciel i wpuścił nas do klasy.

***********************


Każdą przerwę Justin spędzał nie ze mną, ale z Tayem, bo jak twierdzi muszą nadrobić stracony czas. Uważa go za najlepszego przyjaciela, znowu. Nie wiedziałam, że kiedyś byli tak blisko. Ale przecież... Tayler powiedział mi tyle złych rzeczy o Justinie. Nie brzmiało to jak opis najlepszego przyjaciela. Po lekcjach, Tay i Just pożegnali się przed samochodem, kiedy ja już siedziałam w środku.
-Sorki, że czekałaś.-powiedział chłopak, zajmując miejsce obok mnie.
Przez całą drogę szatyn tłumaczył mi jak to on nie lubi Taya, jak to oni się nie przyjaźnią i w ogóle. Nie mogłam tego znieść. Poprosiłam go, aby zjechał na chwilę na pobocze.
-Co jest?-spytał, wyłączając silnik.
-Posłuchaj. Ja wiem, że bardzo lubisz Taya, rozumiem to. I nie chcę, żebyś pomyślał, że jestem zazdrosna... bo nie jestem. Tylko chciałam ci powiedzieć, że Tayler nie jest do końca szczery w stosunku do ciebie.-wyrzuciłam to z siebie.
-Co masz na myśli?-spytał, patrząc na mnie ze zdezorientowaniem.
-Okłamałam cię kiedy mówiłam, że przyjął odrzucenie przeze mnie z twarzą.-odparłam smutno.
-Jak to?-nadal nie łapał o co chodzi.
-No... on powiedział, że mnie wykorzystasz, zepsujesz i zostawisz. Że potraktujesz jak każdą inną. I że jestem tania, że pożałuję, że go nie chciałam.-dodałam.
Chłopak zaśmiał się.
-Kim, spokojnie. Jeśli jesteś zazdrosna, to po prostu powiedz, a nie wymyślasz takie historyjki. Nie bądź dziecinna.-odparł ze śmiechem.
-Sugerujesz, że kłamię?-nie mogłam uwierzyć własnym uszom.
-No... nie gniewaj się, ale tak. Znam Taylera od dziecka i wiem na co go stać, ale nigdy nie powiedziałby o mnie czegoś takiego. Wiem, że dzisiaj nie poświęcałem ci tyle czasu ile powinienem, ale to się zmieni, obiecuję.
-Co?! Justin, ja. Nie. Jestem. Zazdrosna.-mówiłam powoli, tłumacząc mu jak jakiemuś dziecku specjalnej troski.-On naprawdę tak powiedział, przysięgam!
-Kim, proszę cię.-powiedział chłopak, odpalając silnik.
-Nie, błagam, Jus... uwierz mi.-dodałam błagalnie.
Chłopak spojrzał na mnie, po czym odwrócił wzrok.
-Zaczekaj, zatrzymaj się.
-Po co?-spytał, wjeżdżając na ulicę.
-Zatrzymaj się!-dodałam, otwierając drzwi w trakcie jazdy.
-Co ty robisz?!-spytał chłopak nerwowo, hamując gwałtownie.
-Cześć!-rzuciłam, wysiadając.
-Kim, uspokój się, wsiadaj.-mówił chłopak, jadąc za mną powoli.
Biegłam z płaczem. Nie wierzył mi. Twierdził, że kłamię! Uwierzył swojemu pseudo-przyjacielowi Taylerowi, z którym jeszcze niedawno się pobił! Nie, to już przegięcie. Był moim oparciem w najtrudniejszych chwilach w moim życiu, a w sprawie takiej błahostki... nie wierzył mi. To mnie bardzo zraniło. Myślałam, że mnie wysłucha, rozważy to i wyjaśni wszystko z Tayem, a on od razu wyskoczył z tekstem, że kłamię i że jestem dziecinna! Było mi strasznie przykro, bo czułam, że nie traktował mnie tak poważnie jak ja traktuję jego. To chyba nie jest ten jedyny, z którym będę mogła wiązać przyszłość. I może faktycznie jestem śmieszna i dziecinna, ale chyba się w nim zakochałam. Ale niestety nie mogłam liczyć na odwzajemnienie tego uczucia z jego strony.
Biegłam przed siebie, w dłoniach ściskając swoją torbę. Łzy spływały po moich policzkach, ledwo łapałam oddech. Chcąc się od niego uwolnić, skręciłam w jakąś wąską uliczkę, w którą nie mógł wjechać samochodem. A on tak po prostu odpuścił i... odjechał, zostawiając mnie tam samą. Nie, to na pewno nie był materiał na mojego chłopaka.

_______________________
No to taki dziwne zakończenie. I dziękuję bardzo za komentarze i obserwujących! :* LOVE U! :***
8KOM=NN.
Tagi: 23
07.10.2012 o godz. 15:34
Myślicie, że można zakochać się w kimś w tak krótkim czasie, jakim znał mnie Tayler? Szczerze mówiąc w to wątpię. A może myślicie, że można być z kimś nic do niego nie czując? W to już prędzej uwierzę. Ale przecież wczorajszy gest Justina był taki romantyczny... Jest niedziela, godzina 13:00, a ja leżę w piżamie i sprawdzam pocztę na Facebooku. Nowa wiadomość od Veronici, ale to już jakaś nieaktualna, z pytaniem co ma włożyć na kolację z facetem jej mamy. Hm, kto wie, może niedługo to ja spytam się jej o to samo? Skoro już mowa o mamie, to znalazła się. Nocowała u przyjaciółki, jakiejś Jasmine. Koniec tego. Postanowiłam zebrać się w sobie i trochę ogarnąć, żeby wyglądać chociaż odrobinę przyzwoicie. Po godzinie pożegnałam się z mamą i wyszłam z domu. Pogoda była kiepska. Niby nie padało i jakieś niemrawe promienie słońca przedzierały się przez obłoki, ale i tak było jakoś smętnie. Wiatru nie było, ale była mała rosa po ostatnich deszczach i pod wpływem słońca kropelki parowały więc była mgła. Oddychając tym ciężkim powietrzem wyjęłam telefon. Przetarłam ekran, w którym jak na złość odbijało mi się to pseudo-słońce. Żadnych nowych wiadomości. W sumie to nie dziwię się. Po tym jak potraktowałam obojga z nich... słusznie, niech teraz oni mnie olewają. Niechętnie weszłam w "kontakty" z menu i wybrałam numer. Sama dziwiłam się sobie, że to robię... Po kilku sygnałach usłyszałam znajomy głos.
-Cześć...-powiedział niezbyt chętnie.
-Hej. Posłuchaj, wiem, że źle to wygląda, ale powinniśmy się spotkać. Jak najszybciej. Za ile będziesz gotowy?-mówiłam szybko i stanowczo.
-Nie powiem, trochę mnie zaskoczyłaś... Hm, no nie wiem, za jakieś... 15 minut? Przyjdź do Central Parku. Do zobaczenia.
Odetchnęłam. Nie wiedziałam do końca dlaczego do niego zadzwoniłam, ostatnio często tak mam. Jakiś głos w głowie podpowiadał mi, że tak właśnie powinnam zrobić, więc...
Udałam się w wyznaczone miejsce. Szłam parkową uliczką między dopiero co zasadzonymi drzewkami, nerwowo skubiąc paznokieć. Jak pewnie zauważyliście, nie jestem dobra w przemówieniach, a wiedziałam, że akurat dzisiaj bez tego się nie obędzie. Po chwili zatrzymałam się pod jednym z drzew i niecierpliwie zaczęłam postukiwać piętą o ziemię. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Od naszej rozmowy minęło już pół godziny, za moment powinien się zjawić. I po chwili tak też się stało. Brunet szedł szybkim krokiem w moim kierunku, uśmiechając się. Był ubrany w szarą bluzę z kapturem i czarne spodnie.
-Cześć.-powiedział trochę zdyszany.
-Hej.-odparłam, chowając telefon do kieszeni.
-Cieszę się, że zadzwoniłaś. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy, bo... Wiem, nie powinienem wczoraj tak wyskakiwać z tym zakochaniem i w ogóle, przepraszam. Ale jakoś tak... samo mi się powiedziało.-zaśmiał się cicho.
Pokiwałam głową, przetwarzając dane. Po chwili podniosłam głowę i spojrzałam brunetowi prosto w oczy.
-Tay, bardzo cię lubię, wiesz o tym... Ale chyba niestety nic z tego nie będzie, bo... aktualnie jestem z Justinem. Zostańmy przyjaciółmi. Przepraszam.-dodałam cicho.
Objęłam się ramionami. Denerwowałam się, i to bardzo. Niecierpliwie czekałam na reakcję chłopaka, ale ten tylko uśmiechnął się smutno.
-W porządku. Rozumiem. Wybrałaś jego, twoja decyzja. Jesteś taka jak inne, tania. Poleciałaś na tego pedała i jego kasę. Ale zobaczysz, wykorzysta cię jak wszystkie inne, zepsuje i zostawi. Jeszcze tego pożałujesz.-spojrzał mi z nienawiścią w oczy, po czym odwrócił się i odszedł.
No to chyba nie mam co liczyć na przyjaźń. I co w ogóle znaczy, że jestem tania?! Nie spodziewałam się tego po nim, ale płakać nie będę, zbyt często mi się to ostatnio zdarza. Ostatnie wydarzenia bardzo mnie wzmocniły psychicznie, bo o fizycznym umocnieniu to raczej nie ma co gadać. Teraz zostało mi już tylko przeprosić Justina za moje nieludzkie zachowanie. Wyciągnęłam telefon i napisałam do niego smsa.
"Jesteś wolny? Musimy się zobaczyć."
Wyszłam z Central Parku i stanęłam na chodniku. Podczas kiedy wchodziłam do kawiarni, odezwał się mój telefon.
"Ok, przyjdź." Uśmiechnęłam się sama do siebie, po czym podeszłam do lady i zamówiłam 2 razy capuccino. Po chwili byłam już na korytarzu w domu Justina.
-Hej.-przywitaliśmy się beznamiętnie bez zbędnych czułości, konkretniej żadnych.-Proszę.-wręczyłam chłopakowi papierowy kubek z kawą.
Szatyn podziękował, po czym zaprosił mnie na górę. Weszliśmy do jego pokoju, po czym wygodnie rozsiadłam się na krześle przy biurku, a szatyn usiadł naprzeciwko mnie na łóżku.
-To o czym chciałaś pogadać?-spytał niezbyt miło.
Wyjęłam słomkę z ust, po czym postawiłam kubeczek na jego biurku.
-Chciałam przeprosić za wczoraj. To już się więcej nie powtórzy, obiecuję.-odparłam, uśmiechając się.
-Już nigdy nie będziesz uciekać?-spytał chłopak trochę milej.
-Nigdy, obiecuję.-odparłam.
Szatyn wystawił ręce na znak, żebym do niego podeszła. Podniosłam się, po czym usiadłam mu na kolanach i obdarowałam go namiętnym buziakiem.

_______________________________________
Girls, I LOVE U! :* Dziękuję bardzo za komentarze! I przyznam, że pomysł na takie rozwinięcie wątku z Taylorem podrzuciła mi któraś z was, dzięki! :* BUZIOLE!

8KOM=NN.
Tagi: 22
04.10.2012 o godz. 21:00
Wracając od taty do domu miałam o niebo lepszy humor niż z niego wychodząc. Zaakceptowałam decyzję rodziców i pomimo, że będzie mi ciężko oswoić się z myślą, że gdy rano zejdę na dół, tata nie zaproponuje mi podwózki do szkoły, to sobie poradzę. Na pewno. Ale cóż, takie jest życie. Justin wytłumaczył mi to wszystko i rozjaśnił w głowie. Jestem pewna, że gdyby nie on i szczęście jakie mnie wypełniło dzięki niemu, nie pogodziłabym się z tym tak łatwo. Idąc ulicą, mijałam stare kamienice z osiedla, na którym od dziś mieszkał mój tata. Były trochę brudne, poobdzierane z farby i pomazane sprejami. Po chwili poczułam wibracje w tylnej kieszeni spodni. Wyjęłam z niej telefon, dzwonił Justin.
-No hej. Już się stęskniłeś?-zaśmiałam się.
-Cześć, tak. Może wpadniesz do mnie? Nikogo nie ma, będziemy sami...-powiedział Justin.
-No nie wiem, nie mogę znaleźć mamy...-odparłam smutno.
-Nie daj się prosić, będzie fajnie-dodał entuzjastycznie.-poza tym, twoja mama jest dorosła, wie co robi i nie musisz się martwić-namawiał mnie dalej.
-No dobra, będę za 15 minut.

Rozłączyłam się i schowałam telefon w jego poprzednie miejsce. Uśmiechnęłam się sama do siebie i podążyłam do domu Justina.

*******************************


Wspięłam się po dobrze znanych mi schodach, po czym zadzwoniłam do drzwi. Te po chwili otworzyły się i stanął w nich Justin, ubrany w szary dres i białą bokserkę.
-Witaj, piękna.-już w progu powitał mnie soczystym buziakiem.
Weszłam do środka. Szatyn podał mi rękę i pociągnął za sobą po schodach na górę.
-Przygotuj się, oto mój pokój. Specjalnie dla ciebie posprzątałem.-uśmiechnął się z satysfakcją.
Po chwili zasłonił mi dłońmi oczy i wprowadził do pokoju. Następnie zabrał dłonie znad moich oczu. Jego pokój był świetny. Widać było, że urządzony był w stu procentach przez niego. Szare ściany pokryte prawie w całości były plakatami zespołów i zdjęciami z przyjaciółmi. Na panelowej, jasnej podłodze leżał niewielki czarny dywan. Dwuosobowe łóżko pokryte było czerwoną narzutą, a na biurku stał laptop. Była jeszcze duża, brązowa szafa, również w plakatach i półka z książkami.
Zdołałam wydusić z siebie tylko krótkie, ale jakże wiele znaczące "łał". Spojrzałam na szatyna, uśmiechał się.
-No i? Podoba się?-spytał, podchodząc do mnie.
-Bardzo.-wypaliłam.
Chłopak chwycił moją dłoń i zaczął bawić się moimi palcami. Po chwili pociągnął mnie mocniej i poprowadził do kąta pokoju, w którym stało łóżko.
-A widzisz to wolne miejsce tutaj?-spojrzał na mnie, na co ja pokiwałam głową.
Wskazywał drugą ręką na ścianę nad łóżkiem, pełną zdjęć. W środku było puste miejsce, otwór.
-To miejsce na nasze wspólne zdjęcie...-zbliżył się i delikatnie musnął moje wargi.
Ooooo, on jest taki romantyczny! W tym samym czasie oboje usłyszeliśmy melodię mojego dzwonka.
-Przepraszam-powiedziałam cicho, po czym wyjęłam telefon z kieszeni i oddaliłam się w kąt pokoju.
-Słucham?
Przez chwilę nikt się nie odzywał więc ponownie spytałam. Tym razem dostałam odpowiedź.
-Kimberly, tu Tayler. Musimy pogadać, błagam.-mówił błagalnym, ale za razem zdecydowanym tonem.
-Nie sądzę, żebyśmy mieli co sobie wyjaśniać. Chyba przedstawiłam ci sprawę jasno.-szeptałam, aby Justin nie usłyszał.
-No właśnie nie... Kimberly, nie jestem pewien, ale chyba się w tobie zakochałem...
Zamrugałam z niedowierzaniem, po czym poczułam, jak telefon wyślizguje mi się z dłoni.
-Halo? Jesteś?
Rozłączyłam się natychmiast. Justin chyba wyczuł, że coś nie gra, bo spytał z przejęciem, podchodząc do mnie.
-Wszystko w porządku?-spojrzał mi w oczy, marszcząc brwi.
-Mhm.-wymruczałam, kiwając energicznie głową.-Muszę lecieć.-po czym próbując go wyminąć, chłopak złapał mnie za nadgarstek.
-Kim, co się dzieje?-spytał z przejęciem.
-Nic... Mama dzwoniła... zrobiła obiad i czeka na mnie.-uśmiechnęłam się nieszczerze.
-Jak chcesz. Zadzwoń jak dojedziesz.-odpowiedział smutno chłopak, odprowadzając mnie wzrokiem.

**************************


Wybiegłam z domu Jusa. Nie wiem dlaczego tak przejęłam się słowami Taya. Przecież ja nic do niego nie czułam... prawda? A może jednak? Nie, no bez przesady. Może to dlatego, że po prostu Tayler był pierwszym chłopakiem, który mi to wyznał? A może dlatego, że tak bardzo pragnęłam to usłyszeć... Ale nie od tego chłopaka. Justin nigdy nie powiedział mi, że mnie kocha. Albo nawet, że się we mnie zakochał, jak Tay. A ja tak bardzo tego pragnęłam...

___________________________
WOW! Dziewczyny, przyszalałyście. 30 obserwujących!!! Dziękidziękidziękidziękidzięki! KOCHAM WAS! Wybaczcie, że tak długo nie dodawałam, ale rozumiecie, szkoła... :/
8KOM=NN.
Żeby wam się trochę dłużej zeszło... :D



Tagi: 21
02.10.2012 o godz. 18:46
loveblog
Love is worse than drugs...
O mnie: Zapraszam do czytania i komentowania mojego bloga. Z góry dziękuję! :) Pozdrawiam.
statystyki